niedziela, 17 kwietnia 2011

W świecie fantasy.

Tym razem udało mi się napisać opowiadanie, może trochę krótkie, ale i tak mam nadzieję, że się Wam spodoba. Tak więc już nie przedłużając, miłej lektury.

***

Słońce powoli chowało się za góry, a zmrok objął ramieniem ziemię. Ze szczeliny między skałami niezgrabnie wypełzła jakaś postać. Nerwowo rozejrzała się dokoła. Kiedy nabrała pewności, że nic jej nie zagraża, ostrożnie zaczęła schodzić ze zbocza góry.

Każdy jej ruch zdradzał nerwowość. Głowę skrywał kaptur, spod którego dawało się słyszeć jakby węszenie. Przygarbiona sylwetka cicho sunęła tuż przy ziemi. Zatrzymała się, gdy jej drogę przecięła wąska struga rwącego potoku. Chwilę zbierała się w sobie, po czym szybko przebiegła przez wodę, a wtedy spod kaptura dało się usłyszeć ciche, niskie mruknięcie. Po kilku sekundach ruszyła dalej wzdłuż strumienia.

Po dłuższym marszu rzeczka skończyła swój bieg, wpadając do dużego, ciemnego jeziora. Postać podeszła nad wodę, a kiedy zobaczyła w tafli wody swoje odbicie, zgarbiła się jeszcze bardziej. Pod kapturem błysnęły smutne, przestraszone oczy. Znów minęło kilka chwil, zanim postanowiła ruszyć dalej. Na horyzoncie majaczyły już czubki drzew, cel wędrówki.

Podczas marszu księżyc powoli wspinał się na szczyt nieba, a jego światło zdawało się wlewać jeszcze większą nerwowość w serce podróżnika. W końcu wszedł on między pierwsze drzewa lasu, a ich cień przyniósł mu wyraźną ulgę. Przez chwilę jego ruchy stały się nieco mniej uważne, sylwetka nieco bardziej prosta. Ale ta minuta rozprężenia mogła zaprzepaścić całą podróż. Jeden nieuważny krok i pod stopą pękła jakaś sucha gałąź. Przestraszona postać zastygła w miejscu, nasłuchując, czy przyjdzie mu zapłacić za tę nieostrożność. Początkowo między drzewami była cisza, pozorny spokój. Ale już po chwili dało się słyszeć ciche, niby ptasie pogwizdywanie. A zaraz po nim brzęk puszczanej cięciwy łuku.

Wędrujący na ten dźwięk momentalnie przypadł do ziemi, a srebrzysty grot strzały ledwie go chybił. W mgnieniu oka postać poderwała się z ziemi i zawracając, popędziła przed siebie, klucząc między drzewami. Kolejne strzały poszybowały za nią, a nocną ciszę przerwał sygnał rogu.

Uciekający wypadł z pomiędzy drzew i pędził przygarbiony, a świsty mijających go strzał sprawiały, że z każdą chwilą przyspieszał. Jednak z taką prędkością, trudno jest utrzymać równowagę, jego noga wpadła w jakieś zagłębienie, jakąś króliczą norę i runął jak długi na ziemię. Przez chwilę wszystko wokół niego ucichło i jedynym co leżący słyszał, było bicie jego serca, tak silne i szybkie, jakby nie zważając na swego właściciela, chciało ono dalej uciekać, już bez niego.

Jeszcze kilka długich chwil minęło, zanim postać podniosła się z ziemi. Gdy się w końcu uniosła, usłyszała za plecami cichy szelest. Powoli obróciła się w miejscu, a jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna, w szarym ubraniu, trzymający w rękach łuk, wycelowany w jej serce.

-Pokaż się!- rzucił łucznik, stanowczym, zimnym głosem.

Postać podniosła ręce do góry i zsunęła z głowy kaptur, pokazując swą brzydką, zieloną twarz, wystające zęby i przerażone, zezowate oczy. Brzęknęła cięciwa.

Gdy nasz bohater padał na ziemię, z lotką strzały sterczącą mu z piersi, przez jego głowę przemknęła ostatnia myśl - "ciężki jest żywot goblina w świecie fantasy."

KONIEC

niedziela, 10 kwietnia 2011

Najmocniej przepraszam...

Najmocniej przepraszam, ale dzisiaj wpisu nie będzie, z powodu braku pomysłów :). W tym tygodniu muszę tężej wysilić głowę i może coś wymyślę. Zapraszam w następną niedzielę.

niedziela, 3 kwietnia 2011

W niewoli pana S. cz. II

Dzisiaj obiecana część druga opowiadania sprzed tygodnia. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

***

W końcu zdecydował się ruszyć dalej i otworzył drzwi. Za nimi znajdowało się kolejne pomieszczenie, tym razem jednak było ono ogromne. Ściany i sufit znajdowały się tak daleko obserwatora, że w pierwszym momencie wydawało się, że stoi się na otwartej przestrzeni. Mężczyzna ruszył przed siebie, w nadziei, na znalezienie wyjścia.

Kiedy tak wędrował przed siebie, zauważył, że powietrze wokół niego faluje, jakby z gorąca. Jednak temperatura była raczej chłodna. Zdało mu się, że przezroczyste powietrze przybiera jakieś kształty, na tyle niewyraźne, że nie dało się ich dostrzec, jednak na tyle wyraźne, że nie sposób było je przeoczyć.

W końcu mężczyzna dostrzegł przed sobą wyraźnie ścianę, a w niej jakby kolejne drzwi, więc przyspieszył kroku, chcąc w końcu opuścić to dziwne miejsce niewoli. Jednak kiedy się zbliżył, zauważył, że to nie drzwi widnieją w ścianie, ale duże, prostokątne lustro. Podszedł więc do niego i spojrzał na siebie.

Zniszczony człowiek o bardzo posępnym spojrzeniu. Coś w tym jego odbiciu było przygnębiającego. A także coś bardzo niepokojącego. Kiedy tak patrzył na swe lustrzane alter ego, ono nagle mrugnęło. Tego już było za wiele, mężczyzna podszedł z wściekłym spojrzeniem do lustra, a jego odbicie zamiast się zbliżyć, zrobiło kilka kroków w tył.

-Tylko spokojnie- powiedział człowiek za szklaną taflą - Jestem pewien, że możemy to załatwić jak dorośli ludzie.
-Kim jesteś? I... Kim ja jestem? - zapytał mężczyzna i nagle zdał sobie sprawę, że nie pamiętał już, kiedy ostatnio słyszał dźwięk swojego głosu.
-Tak się składa, że odowiedź na oba te pytania jest taka sama. A w zasadzie nie, zupełnie inna. - odpowiedziało "odbicie" i uśmiechnęło się tak trochę złośliwie, ale jednocześnie życzliwie.

Mężczyzna spojrzał na siebie, a zarazem na kogoś zupełnie innego. Od tego wszystkiego zaczynała go boleć głowa. A może bolała już wcześniej, tylko on dopiero teraz to sobie uświadomił?

-Nie jest łatwo wyjaśnić ci wszystkiego w jednym krótkim zdaniu - kontynuował człowiek z lustra. - Ale to nie powinno ci przeszkadzać, mamy dużo czasu. Spocznij sobie, widzę, że jesteś bardzo zmęczony.
Skołowany mężczyzna zobaczył za sobą w lustrze fotel. Nie odwracając głowy sięgnął ręką w tył i wymacał miękkie oparcie. Wciąż nie patrząc za siebie usiadł na fotelu, jego podejrzane odbicie tym razem robiło wszystko tak samo, jak on. Po kilku chwilach siedzenia i patrzenia sobie w oczy, człowiek z lustra postanowił kontynuować.

-Jesteśmy pisarzem. Nazywamy się Jan Stryjecki. To jest nam wspólne. Jednak jednocześnie jesteśmy kimś innym. Ciebie nazywają Kreatywnością. Ja jestem Dozorcą. Jest nas tutaj dużo więcej. Jednak ty jesteś najważniejszy.
-Wszystko zaczęło się od tego, że postanowił... Postanowiłem... Postanowiliśmy okiełznać swoją wyobraźnię. To przecież czyni każdy pisarz. Jednak my mieliśmy lepszy pomysł. Zauważ, że doskonałe pomysły często rodzą się w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy nie masz czasu, siły, lub ochoty na przelewanie ich na papier. Postanowiliśmy sobie z tym poradzić. Wykrystalizować swoją kreatywność i zmusić ją do nieustannego działania. I wysysać efekty jej pracy wtedy, gdy mamy na to czas, siłę i ochotę.
-Krystalizacja się powiodła bardzo dobrze. Powiedziałbym, że aż za dobrze. Powstałeś ty - osoba. Czujesz, myślisz, śnisz. Niestety musieliśmy się pogodzić z twoim bólem. Jest to cena za coś czego nie ma nikt inny - za sny czystej Kreatywności. Twoje sny są wspaniałe, wprost same się piszą.
-A teraz wybacz, ale niestety jesteś dla nas zbyt cenny, by pozwolić ci bezkarnie panoszyć się po komnatach naszego Umysłu.

Nagle jego odbicie wyciągnęło zza pazuchy mały pistolet i przyłożyło sobie do skroni. A mężczyzna zdał sobie sprawę, że jego ręka także trzyma broń, przyłożoną do głowy. Zanim zdążył zareagować, jego palec bezwiednie pociągnął za spust.

***

Do małego pokoju przez okienko pod sufitem wpadało trochę światła, wędrującego powoli po podłodze. Na środku na krześle siedział wymizerowany mężczyzna. Właśnie wybudził się ze snu. Był to bardzo dziwny sen, nie pamiętał dokładnie całości, ale tuż przed przebudzeniem wydawało mu się, że rozmawia ze swoim odbiciem w lustrze. A potem strzelił sobie z pistoletu w głowę. "Może to był tylko dziwny sen - pomyślał Kreatywność - tylko ten ból skroni... Jest taki realny."

KONIEC