niedziela, 27 lutego 2011

Motywacja

Dzisiaj postanowiłem zrezygnować ze swojej ulubionej narracji pierwszoosobowej, mam nadzieję, że się wam spodoba.

* * *

Nieliczne promyki światła szukały sobie drogi między żaluzjami, aby oświetlić niewielki, zapuszczony pokój. Podłogę pokrywała ściółka pustych puszek i opakowań po pizzy. Gdzieniegdzie pnącza brudnych ubrań obrastały poręcze krzeseł. Pod jedną ze ścian, na podniszczonym tapczanie leżał zaniedbany przedstawiciel miejscowej fauny. Jeden ze zbłąkanych promyków padł na jego twarz, pokrytą kilkudniowym zarostem i tak długo wodził mu po oczach, aż te się otworzyły.

Postać podniosła się powoli i usiadła podpierając głowę rękoma, po czym spędziła w tej pozycji tyle czasu, że narrator zdążył zaparzyć sobie herbatę (która swoją drogą przydała by się także bohaterowi). Kiedy w końcu mężczyzna zdecydował się unieść twarz, promyki słońca, coraz mniej nieśmiałe, pokazały jak żałosny reprezentował gatunek człowieka.

Zlepione strąki włosów opadały na brudne czoło, oczy miał zaczerwienione od braku snu i nadmiaru łez. Pomięte ubrania ozdobione mozajką plam barwy wszelakiej. Jego ręka powoli ruszyła w kierunku zawalonego stolika, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby ugasić pragnienie, a z nim palący ból w skroniach. Zamiast tego palce trafiły na coś nieoczekiwanego. Gładka powierzchnia książki. Mężczyzna podniósł ją do oczu. Na białej okładce widniał człowiek, którego twarz wyrażała, że osiągnął w życiu wszystko, czego tylko spróbował. Jego palec celował w patrzącego, a nad jego głową widniał napis: Tobie też, może się udać!

Była to jedna z tych książek motywacyjnych, których teraz wszędzie mnóstwo. Nasz bohater (w tym przypadku to określenie ma jednocześnie wydźwięk komiczny, jak i tragiczny zarazem) dostał ją od przejętego jego losem znajomego. Ponieważ chłopak nie miał nic lepszego do roboty, podniósł okładkę i spojrzał na stronę tytułową, gdzie wielkimi literami napisano hasło wiodące lektury: "żyj tak, abyś się nie wstydził swojego odbicia w lustrze!".

- Jasne... Co za gówno – rzucił górnolotnie mężczyzna, po czym równie górnolotnie postąpił z książką. Powoli podniósł się na nogi i przez chwilę kiwał się w przód i w tył, przypominając sobie zasady ziemskiej grawitacji. Kiedy już był prawie pewny, że się nie przewróci, poszedł do kuchni, w poszukiwaniu czegoś do picia. W korytarzu mijał lustro, a więc, przypomniawszy sobie mądre słowa z książki, przyjrzał się swemu odbiciu.

- No faktycznie, nie ma się czym szczycić – powiedział do siebie, co robił ostatnio dosyć często.
- Ty się nie masz czym szczycić? A co ja mam powiedzieć, hę? - odpowiedziało jego odbicie z marsową miną. Chłopak w pierwszej chwili nie był wcale zdziwiony, jednak tylko przez to, że wieczorne otumanienie alkoholem jeszcze nie w pełni minęło. Jednak w drugiej chwili zdziwił się bardzo.
-No i co się gapisz? Jakby było na co patrzeć. Umyłbyś się chociaż.

Nasz niechluj przyglądając się sobie, pomyślał, że to nie jest taki zły pomysł. Udał się więc do łazienki. Kiedy wyszedł spod prysznica, spojrzał w lustro nad umywalką. Jego odbicie przyjżało mu się krytycznie, po czym rzuciło pod nosem:

- Jeszcze byś się ogolił i zacząłbyś przypominać człowieka. - a chłopak pomyślał, że w sumie, to czemu nie, już i tak zrobił więcej niż zakładał wstając.

Od tamtej pory w jego życiu wiele się zmieniło. Metodą małych kroków doprowadził do stanu używalności najpierw siebie, potem swoje mieszkanie. Znalazł pracę, odświeżył przyjaźnie. I kiedy z jednym z tych starych znajomych siedział sobie w kawiarni, zawiązał się między nimi taki oto dialog.
- Skąd ta zmiana w tobie? Kiedy Aśka cię rzuciła, to wydawało się, że już nic ci nie pomoże.
- Pamiętasz tą książkę, którą mi dałeś? Naprawdę działa, chociaż zinterpretowałem ją trochę na własny sposób – a w myślach dodał: "żyć tak, aby twoje odbicie w lustrze, nie wstydziło się ciebie".

* * *

Przy barze siedziało dwóch mężczyzn w średnim wieku i właśnie dopijali kolejne piwo. W końcu jeden z nich powiedział:
-No, nie powiem, opowiastka w porządku. Nie rozumiem tylko, czemu nie możesz nigdy przy piwku opowiedzieć niczego, nie reklamując przy okazji swojej ksiażki. Weź wyluzuj...

KONIEC

niedziela, 20 lutego 2011

Ulicznego grajka opowieści kilka

Dzisiaj się bawiłem na koncercie, więc wpis znowu przesunięty, ale mimo wszystko udało mi się coś napisać, także miłej lektury.


***

Nie wiem, czy zwracasz czasem uwagę na ulicznych muzyków, których mijasz nieraz, idąc ulicą. Ja przeważnie staram się ich nie zauważać, chociaż raz jeden spotkałem grajka, który utkwił mi w pamięci na długie lata.

Był właśnie deszczowy, jesienny dzień, ludzie z pochylonymi głowami spieszyli każdy w swoim kierunku. Ja, tak jak oni, zmierzałem prawie biegnąc i pewnie nie zwróciłbym na nic uwagi, gdybym nie musiał zawiązać sznurówki. Przykucnąłem w bramie, a wtedy usłyszałem tę dziwną, smutną melodię, która już chyba na zawsze zostanie w mojej pamięci. Podniosłem głowę i przez strugi deszczu zobaczyłem w bramie naprzeciwko faceta około sześćdziesiątki, który oparty o ścianę grał z zamkniętymi oczami na harmonijce. Było w tej piosence coś magnetycznego, co kazało mi wyjść z suchego schronienia i przez mokrą ulicę podejść bliżej.

Kilka długich minut słuchałem, a on nieświadomy mojej obecności grał dalej. W końcu skończył i otworzył oczy. Najpierw spojrzał na ulicę i dopiero po chwili zdał sobie sprawę że go obserwuję.

- O, witam publikę! Chodź, coś zjemy, zgłodniałem od tego grania, a tu niedaleko jest fajna knajpka. - kiedy się odezwał, zdziwił mnie kontrast pomiędzy jego chropawym, brudnym głosem, a łagodną muzyką, którą przed chwilą grał.

Nieznajomy nie mówiąc już nic więcej, ruszył przez strugi deszczu, nie oglądając się za siebie. A ja poszedłem za nim i do dzisiaj się zastanawiam co mną wtedy kierowało.

Szliśmy jakiś czas mokrymi ulicami, aż w końcu mój towarzysz wszedł w drzwi jakiegoś lokalu. Gdy przekroczyłem za nim drzwi, od razu otoczyło mnie ciepło i błogi zapach pieczonego mięsa. Siadł przy stole, ja naprzeciwko niego i chwilę tak siedzieliśmy w milczeniu nie patrząc na siebie.

W końcu grajek zaczął opowiadać mi różne historie, mniej lub bardziej nieprawdopodobne, z nim samym w roli głównej. Wynikało z nich, że przez ostatnie lata zwiedził naprawdę wielki kawałek świata. Ja tylko słuchałem, co jakiś czas zastanawiając się, jakim cudem siedzę w knajpie naprzeciwko tego dziwnego kolesia, którego znałem od kilkunastu minut.

Po barwnym opisie jednej z przygód, mężczyzna zamilkł na długą chwilę i wbił wzrok w zalewane deszczem okno. W końcu powiedział:

-Wiesz, kiedyś byłem muzykiem, takim profesjonalnym. Komponowałem, dawałem koncerty. Byłem zadowolony ze swojego życia. Pewnego dnia przeczytałem w gazecie artykuł o samobójcy, którego znaleziono powieszonego w pokoju, gdzie gramofon odtwarzał jeden z moich utworów. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje dzieła mogą komuś towarzyszyć w takim czynie. A co, jeśli to właśnie moja muzyka podsunęła mu czarne myśli? Od tamtej pory nie mogłem już skomponować nic nowego. To było tak, jakby każda nuta, którą chciałem zapisać, patrzyła na mnie z pytaniem: „na pewno to wszystko dobrze przemyślałeś?”.

Wielu ludzi myśli, że trzeba w życiu być kimś znacznym, móc kreować rzeczywistość. Ja staram się tego unikać. Moim sposobem na życie jest nie robić różnicy, zmieniać jak najmniej. Zacząłem podróżować po świecie, bo bez komponowania nudziło mi się w jednym miejscu. Muzyki nie chciałem porzucać, zresztą z czegoś musiałem żyć. Od tamtej pory jeżdżę z kąta w kąt i gram na ulicach. Staram się nie rzucać w oczy. Ale w tobie zobaczyłem coś, co ja miałem dawno temu, taką iskrę rewolucjonisty. Dlatego wziąłem cię tutaj i opowiedziałem to wszystko. A teraz bywaj, pora na mnie. - i mężczyzna wyszedł, zostawiając mnie z mnóstwem myśli do przetrawienia i z rachunkiem za nas obu do uregulowania.

Kiedy wróciłem do domu, postanowiłem opisać całą tę dziwną sytuację. Jestem dziennikarzem i ta historia pasowała jak ulał do mojej rubryki. Jednak stało się coś dziwnego. Kiedy zacząłem pisać, wydawało mi się, że każda literka, którą stawiam, patrzy na mnie z pytaniem: „na pewno to wszystko dobrze przemyślałeś?”.

KONIEC

wtorek, 15 lutego 2011

W starym kinie

Przepraszam wszystkich za opóźnienie z tym wpisem, nie mam żadnej wymówki, poza kilkudniowym całkowitym zaćmieniem, nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. :) Zadość czynię zamieszczając opowiadanie dzisiaj i mam nadzieję, że w kolejną niedzielę opowiadanie będzie już na czas.
Tymczasem zapraszam do lektury.

***

Dzisiaj wszystkiego jest tyle, że już trudno cieszyć się czymkolwiek. Np. kiedy człowiek idzie do kina, ma do wyboru 10 sali, w każdej inny film, najlepiej jeszcze w 3D. Do tego oczywiście kubeł popcornu i napoju. A same filmy dostarczają tylu wrażeń, że później człowiek jest gotów wskoczyć pod samochód, bo życie się wydaje jakieś takie nudne.

Tak właśnie rozmyślał sobie nasz bohater (na imię mu było Piotrek), kiedy szedł wieczorem ulicą, jak to miał w zwyczaju robić codziennie. Spacerował zawsze tymi samymi alejkami mijając sklepy, restauracje i kina, a jego myśli krążyły wokół różnych trapiących go spraw, zazwyczaj kontestując to z czym mu przychodziło stykać się na co dzień. Szczególnie na mijanych lokalach nie zostawiał suchej nitki.

O, taka na przykład restauracja chińska. Jedzenie niby szybko, niby smaczne... Ale gdzie tutaj radość z posiłku, gdzie święta obiadowa pora, czerwonym tuszem zaznaczona w kalendarzu dnia. Albo tutaj, o, galeria handlowa. Pełna zabieganych ludzi, którzy im mniej mają do kupienia, tym bardziej gorączkowo się krzątają. Byle się tylko nie zatrzymać, bo to grozi chwilą refleksji, a od tego jeszcze głowa może rozboleć. Kinom już się dostało, ale zaraz jest kolejna galeria – sztuki współczesnej... O tym to już w ogóle szkoda gadać.

Od kilku tygodni na jego stałej trasie odbywał się remont jednego z budynków, starego teatru – opuszczonego od lat. Piotrek z niecierpliwością czekał aż zdemontują rusztowania i wreszcie się dowie cóż to takiego będzie. Właśnie na ten dzień zapowiadali koniec budowy, więc chłopak szedł trochę szybciej niż zwykle, gdyż miał nadzieję, że otworzą wreszcie coś, czego nie będzie mógł skrytykować. Albo przynajmniej nie doszczętnie, tylko tak z sympatią, konstruktywnie.

Kiedy w końcu dotarł na miejsce, zdziwił się, bo chociaż rusztowania zdjęto, to jednak budynek teatru wyglądał jak przed remontem, szary, z odpadającym tynkiem. Jedyne co się zmieniło, to napis nad głównym wejściem, wieszczący po prostu – Kino – i pod nim czarny transparent, z białym napisem po francusku. Chłopak nie znał francuskiego, jednak uznał, że to może być coś ciekawego i wszedł do środka.

Tam przywitał go staroświecki hol z czerwonymi dywanami. Przy kasie siedział pomarszczony staruszek, na czole miał zielony daszek, a na nosie okrągłe okulary. Piotrek jakby zmęczony wcześniejszymi rozmyślaniami, teraz całkiem bezrefleksyjnie zapłacił kasjerowi za bilet i poszedł dalej. Gdyby poczekał trochę dłużej, pewnie zdziwiłoby go, że kasjer zamknął drzwi do kina na klucz i ruszył za nim.

Film wyświetlany był w wielkiej sali teatralnej, nad sceną rozwieszono ekran, obok niego stało pianino. Nasz bohater zobaczył, że będzie jedynym widzem i trochę go przytłoczyła pustka w tych wszystkich rzędach krzeseł. Kiedy znalazł sobie miejsce na środku, blisko ekranu, zgasło światło, a gdzieś za nim wystartował projektor, bardzo głośno szumiąc i trzaskając. Do pianina zasiadł staruszek łudząco przypominający kasjera, jednak ubrany we frak, na głowę miał założony cylinder. Zaczął grać skoczną, wesołą melodyjkę, a na ekranie pojawiły się pierwsze obrazy.

Piotrek siedział w zadumie, oglądając stary niemy film, z którego niewiele rozumiał, gdyż dialogi na pojawiających się co jakiś czas planszach z napisami były po francusku. W końcu szum projektora, duchota i ciemność pomieszczenia, a także łagodne dźwięki pianina sprawiły, że usnął.

Obudził się w dużym pokoju, umeblowanym zabytkowymi meblami. W pierwszej chwili pomyślał, że jest już po zmroku, ponieważ wszystko było czarno-białe. Powietrze wypełniała cicha melodia pianina. Wstał i zobaczył przed sobą mężczyznę w mundurze, z monoklem w oku i wypomadowanym wąsem. Ten zaczął do niego mówić, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Nagle, na kilka chwil głowę Piotrka wypełniła czerń, a w niej pojawiły się słowa, niezrozumiałe dla niego, gdyż po francusku. Po paru sekundach chłopak znowu stał w czarno-białym pokoju, oszołomiony tym co się przed chwilą stało. Rozejrzał się dokładnie po pomieszczeniu. Zobaczył, że jedna ze ścian była jakby oknem, za którym rozciągała się wielka sala teatralna. Wszystkie fotele były puste, jedyną osobą był staruszek grający na pianinie, stojącym bardzo blisko okna. Nagle zagrał ostatni akord, gwałtownie go urywając i zrobiło się bardzo cicho. Wstał od instrumentu i spojrzał na Piotrka, a jego starczą twarz powoli wykrzywił złośliwy uśmiech.

I wtedy znowu wszystko objęła ramionami ciemność, a w niej pojawiło się już tylko jedno, ostatnie słowo.

KONIEC

niedziela, 6 lutego 2011

Z sennych przygód Pana Staszka, część druga.

Nazywam się Stanisław i jestem pasterzem snów (jakkolwiek by to nie brzmiało). W pracy miałem kilka krytycznych momentów, które na stałe zapisały się w mojej pamięci. Pierwszym była chwila, w której dowiedziałem się, że jestem, cóż... Martwy. Przynajmniej cieleśnie. Drugim, kiedy po wielu ciężkich snach odkryłem, że bycie pasterzem snów przypomina bardziej czyściec, niż niebo.

Nie zrozumcie mnie źle, nieraz jest naprawdę klawo. Czasami trochę nudno. Na przykład ostatnio trafiłem do snu kibica formuły pierwszej. Już za życia nie widziałem nic fascynującego w oglądaniu wyścigów, a co dopiero śnieniu o nich. Albo sny kobiet, są jeszcze bardziej niezrozumiałe, niż same kobiety.

Moja praca polega na pilnowaniu, aby nikt nie zaczął śnić za bardzo, bo wtedy naprawdę trudno się obudzić. Jak można się domyśleć, takich problemów nie mają ludzie umysłowo stabilni, towarzyszą one raczej tym, którzy już na jawie psychicznie odbiegają od normy. A ich sny bywają bardzo dziwne.

Widzicie, nasze sny, choćby najbardziej pokręcone, nam zdają się być całkiem logiczne. Za to cudze sny, nawet te najzwyczajniejsze, są zawsze przynajmniej trochę niepokojące. Pewnego razu trafiłem do człowieka, który swoje życie na jawie spędzał w zakładzie dla obłąkanych, całkiem zresztą słusznie. Sceneria, którą wyśnił, była po prostu przerażająca. Ciasne korytarze nieskończonego labiryntu, których ściany, sufit i podłoga, pokryte były krwią. Cały czas w powietrzu rozlegały się gorączkowe szepty, czy ciche chichoty. Szedłem przed siebie, w cudzym śnie lepiej nie stać nigdy w miejscu, wtedy dostrzega się wszystkie jego niespójności, a od tego boli głowa. Co jakiś czas mijałem drzwi, wtedy szmery się nasilały, czasem rozlegał się obłąkańczy śmiech.

W końcu dotarłem do jednych, które były otwarte, a za nimi było podejrzanie cicho. Kiedy zajrzałem do środka, ujrzałem w końcu gospodarza tego koszmaru, małego łysego człowieczka, który siedział w kącie pomieszczenia i podejrzliwie na mnie zerkał.

- Nie bój się - powiedziałem - Jestem tutaj, żeby Ci pomóc.
- Być może, ale ja nie jestem tutaj, żebyś mi pomagał - odparł tamten i utkwił wzrok w podłodze, starając się całkowicie mnie ignorować. Wtedy zobaczyłem, że sceneria zamieniła się, stałem teraz na ciemnej łące, oświetlonej światłem gwiazd i księżyca, który miał dwoje wielkich oczu - jednym łypał na mnie, drugim wodził po niebie. Mały człowieczek widząc, że przez chwilę nie zwracam na niego uwagi, zaczął uciekać. Kiedy już miałem ruszyć za nim, ktoś złapał mnie za ramię, pytając:

-Nie chcę być nieuprzejma, ale co pan tu robi?
Odwróciłem się niepewnie i zobaczyłem niską kobietę, z gęstą rudą czupryną. Trochę mnie to przestraszyło. Musicie wiedzieć, że pasterzy widzą tylko gospodarze snu, osoby przez nich wyśnione po prostu nas ignorują. Dlatego w pierwszej chwili pomyślałem, że mam do czynienia z koleżanką po fachu.

- Co ja tu robię? Jestem w pracy, pytanie powinno brzmieć: "co pani robi w moim przydziale?" - kobieta wydawała się być mocno zdziwiona kiedy to powiedziałem.
- W pana przydziale? A kim pan jest? Co do mnie, to próbuję złapać tego małego skurczybyka, znowu ukradł mój wiersz!

Teraz należałoby wspomnieć, że wystrój snu znowu się zmienił. Teraz byliśmy w dużym pokoju jadalnym i siedzieliśmy po dwóch przeciwnych stronach okrągłego stołu, tak że musieliśmy krzyczeć, żeby cokolwiek słyszeć.

-Ukradł wiersz? To faktycznie bardzo nie ładnie z jego strony - powiedziałem niepewnie, bo wciąż nie wiedziałem co się dzieje - Zabrał go pani z biurka? - ponieważ byłem nieco zagubiony, powiedziałem pierwszą lepszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy.
-Z biurka? Nie, jeszcze go nie napisałam. Ale kiedy go pomyślałam, to on bezczelnie podszedł i go wyrecytował, tak jakby to był jego wiersz. A potem czmychnął - kobieta mówiąc to, wstała od stołu i podeszła bliżej mnie. Wtedy dopiero zobaczyłem jak niezwykle jest podobna do małego człowieczka, którego spotkałem na początku. "No pięknie" - pomyślałem, kiedy powoli zacząłem rozumieć sytuację.

Ponieważ miałem już serdecznie dosyć tego dziwnego snu, postanowiłem wybudzić kobietę. Można to zrobić na kilka sposobów, niektóre są bardzo wysublimowane, inne mniej. Ja już straciłem cierpliwość, więc po prostu wyjąłem latarkę, specjalnie przeznaczoną do tego celu i zaświeciłem prosto w oczy temu małemu rudzielcowi. To zawsze sprawia, że ludzie odruchowo zaczynają mrugać, nie tylko we śnie, ale i w rzeczywistości, co zazwyczaj ich budzi. I faktycznie, kobieta już po chwili rozpłynęła się w powietrzu, ale sen nie zniknął razem z nią, co powinien uczynić.

Znowu stałem w ciasnych korytarzach pokrytych krwią. Słysząc te wszystkie szepty i chichoty, zatęskniłem za wielką sypialnią. Szedłem przed siebie, mijając zamknięte drzwi, kiedy nagle zobaczyłem przed sobą człowieka, jednak nie niskiego jak gospodarz snu. Był tak rosły, że głową niemalże haczył o sufit. Miał na sobie szlachecki kontusz, a twarz zdobiły mu krzaczaste wąsy.

- Witaj, bracie Stanisławie! - powiedział tubalnym głosem, aż po korytarzach poszło echo, a szepty na chwilę ucichły, jakby trochę zdziwione.
- Witaj, bracie Janie. Mogę spytać, co ty tutaj robisz?
- Oczywiście. Przyszedłem Cię zastąpić. Przez pomyłkę przydzielili Ci niezłego wariata, zdecydowanie nie dla początkującego pasterza, jak ty.
- Tak, tak, już wszystko sam odkryłem. Rozdwojenie jaźni. Zresztą już jedną obudziłem. - powiedziałem, żeby podkreślić, że wcale nie jestem takim żółtodziobem.
-Oj, to bardzo źle - jęknął Jan - No trudno, jeszcze to spróbuję naprawić. Teraz bywaj - kiedy to mówił, otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Było mi głupio, że coś zrobiłem źle, więc bez słowa opuściłem ten dziwny sen.

KONIEC

5 minut do północy, tym razem zdążyłem na czas :). Mam nadzieję, że Wam się spodoba. I do zobaczenia za tydzień.