środa, 29 grudnia 2010

Środowy przegląd staroci IV

Prawie zapomniałem o dzisiejszym wpisie :). Dzisiaj w przeglądzie staroci opowiadanie o chwytliwym tytule "historya romantyczna z heroycznym zabarwieniem" :). Znowu bohaterem jest Franek, chyba mam jakiś podświadomy sentyment do jakiegoś Franka ;)



Kiedy padł pierwszy cios, Franek doszedł do wniosku, że stawianie jakiegokolwiek oporu nic w jegosytuacji nie zmieni. Kiedy padł drugi cios, przyszło mu na myśl,że błaganie o litość również na wiele się nie zda. Gdy leciał twarzą na ziemię zastanawiał się, czy błoto chociaż trochę zamortyzuje upadek. Ostatnim co zobaczył, zanim stracił przytomność, były potężne, owłosione nogi w zniszczonych adidasach.

Pierwszym co zobaczył, gdy odzyskał przytomność, były zgrabne, gładkie nóżki w czerwonych bucikach na obcasie. Właścicielka tychże pochyliła się i w następnej chwili przed oczami zamajaczyła mu ładna buzia okolona blond włosami. Potem ta niezwyciężona, odwieczna siła przyciągania skierowała wzrok Franka kilkanaście centymetrów poniżej twarzy dziewczyny.
-Halo, żyjesz, nic się nie stało?-słysząc to Franek z trudem podniósł z powrotem wzrok.
-Tak, wszystko w porządku- spróbował powiedzieć z wcale nie lekką nutką ironii, ale to co faktycznie wydobyło się z jego krtani w niczym nie przypominało ludzkiego głosu.
-Nic nie mów, karetka jest już w drodze- usłyszał jeszcze i znowu stracił przytomność.

Odzyskał ją znowu leżąc na składanych noszach w ambulansie, a do jego uszu dobiegało jakieś mamrotanie, w którym powoli rozpoznawał toczącą się nad nim rozmowę.
-... i wtedy zobaczyłam go leżącego w tym błocie. Początkowo myślałam, że to jakiś pijany menel i chciałam go obejść z daleka, ale zdziwiło mnie, że to błoto jest takie czerwone i...- świadomość Franka znowu przestała rejestrować rozmowę.

Nie leżał już na noszach w karetce.Spacerował z dumnie wypiętą piersią, u jego ramienia wisiała filigranowa blondynka, a drzewa wokół pochylały się w salucie.Franek myślał, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, gdy tymczasem poczuł nieznośny ból w boku, potem zaczęło go boleć wszystko po kolei, głowa, ręce, nogi... A blondynka ni ztego, ni z owego zaczęła chichotać.
Chłopak otworzył oczy i zobaczył dach ambulansu. Powrót do rzeczywistości był podwójnie bolesny po przyjemnym śnie. Obrócił głowę i zobaczył jak przystojny lekarz opowiada coś ładnej blondynce, a ta wpatrzona w niego chichocze. Oboje nie zwracali uwagi na leżącego. Ból w boku stawał się nieznośny, a Franek z wielkim poczuciem, że życie jest niesprawiedliwe, zapadł w stan nieświadomości.

Kiedy w końcu wypuścili go ze szpitala i szedł o kulach przez park, zobaczył w oddali tą, tak dobrze zapamiętaną, ładną blondynkę idącą pod rękę zprzystojnym lekarzem. Poczuł ukłucie zazdrości, ale równie dobrze mogły to być potłuczone żebra. Ze spuszczoną głową udał się w długi i bolesny spacer do domu.

KONIEC

Wszystkiego najlepszego w nowym roku :).

niedziela, 26 grudnia 2010

Święta, święta i...

Dzisiaj raczej krótko, za to w świątecznym klimacie :)



Mały, chudy człowieczek siedział na skraju więziennej pryczy, po minie widać było, że nie jest specjalnie zadowolony z tego faktu. Krótka, starannie przystrzyżona bródka nadawała mu pewnego arystokratycznego wdzięku. Cały był ubrany w czarny, obcisły kostium upodabniający go trochę do wojownika ninja.

Wodził wzrokiem po pustych ścianach, co jakiś czas zerkał w małe, okratowane okienko w rogu celi, za którym drobny śnieg opatulał świat puchem, który wszyscy tak kochają (o ile oglądają go właśnie za oknem). Człowieczek co chwilę mruczał coś gniewnie do siebie.

- Co za nonsens, po prostu absurd. Kto to wymyślił, żeby w Wigilię aresztować mnie, mnie! Przeciez beze mnie nie ma wigili, no absurd! I to jeszcze za włamanie, no to już jest ironia losu.

- Wszystko przez te głupie reklamy! Wymyślili sobie tego grubasa w czerwonym szlafroku i teraz nikt mi nie chce uwierzyć na słowo! Przecież to niedorzeczne, gdybym miał taki wielki brzuch, jakbym się przeciskał przez kominy do mieszkań? No i ten idiotyczny strój, przecież w czerwieni od razu bym się rzucał w oczy, nie wspominając już o plamach z sadzy. A ta czapka z pomponem? Że niby co ja jestem, Stańczyk?

- Albo te sanie zaprzężone w renifery. Przecież to niedorzeczne. Po pierwsze, jak w takich saniach zawisnąć nieruchomo nad kominem? No i te zwierzęta, strasznie problematyczne. Już to widzę, jak któremuś nad miastem się nagle srać zachciało. A przecież renifer o zgodę nie spyta... I gdzie bym prezenty zmieścił? Przyznaję, że sterowiec ma wiele wad, ale swoje zadanie spełnia.

- Przynajmniej w jednym się nie pomylili – pomyślał, kiedy zobaczył małą główkę między kratami okna. – Elfy to bardzo pożyteczne stworzenia. No, ale w każdym kłamstwie jest w końcu ziarenko prawdy.

Kilka małych postaci zakrzątało się w okienku i już za chwilę kraty z brzękiem spadły na podłogę celi. Mikołaj wstał i podszedł do okna.

- Czemu tak długo? - rzucił do elfów z gniewną miną, chociaż w głosie nie było słychać złości. Podciągnął się i wyskoczył przez okno, ze zdumiewającą zręcznością. Wspinaczka szybami kominów daje widocznie niezły trening.

Tym co następnego dnia zdziwiło policjantów najbardziej, nie była ani pusta cela, ani odpiłowane kraty leżące na podłodze. Była to rózga owinięta czerwoną wstążką, oraz liścik, który zawierał taki oto tekst:

"Byli panowie bardzo, bardzo niegrzeczni. Mimo wszystko, Wesołych Świąt.

Święty Mikołaj"

KONIEC

środa, 22 grudnia 2010

Środowy przegląd staroci III

W dzisiejszym odcinku odgrzewania kotletów będzie taki dziwny twór, który nazwałem "4x to samo", co jest dosyć mylne chyba. W ogóle to o czym piszę, rzadko jest tym, czym się jawi na początku ;) (żart filozoficzny - na tym polega ten fenomen, że widać nie to, co się jawi :D).



***
To był wspaniały bal. Hanna wirowała przez rozległe hole silnie trzymając swojego partnera. Z pozoru sztywny jak tyczka, ale jak tańcuje! Chociaż mogłoby się to wydawać trochę niewłaściwe, to jednak pantofle pewnie trzymały się stóp i nie wyglądało na to, żeby jeden miał się gdzieś zgubić. Tak, to jest życie, wirować w tańcu, wirować bez końca! Jednak cóż to? Wybija godzina 18:00, rozlega się dźwięk dzwonka, ostatni uczniowie wychodzą z sal i udają się do szatni. Pani Hania z lekkim rumieńcem przestaje wirować i już spokojnie dokańcza myć podłogę na korytarzu...

***


***

Na imię mu było Artur, chociaż zwali go Obieżyświatem. Chociaż otulony był podartą, brudną szatą, to jednak w głębi serca kryło się szlachetne serce. Bo Artur wiedział, że jest królem. Ale nie czas teraz na rozmyślanie o tym, musi się skupić na przeżyciu kolejnego dnia w niegościnnym, niewdzięcznym świecie. Kolejny dzień wędrówki... Artur wiedział jednak, że nie może się poddać, musi trwać w poszukiwaniach, bo wie, że osiągnie dzięki nim zamierzony, światły cel... "Chodź, Lancelocie, ostatni z mi wiernych, jedyny druchu i przeyjacielu." Lancelot, jak zwykle milczący, kiwną tylko głową i ruszył za swym seniorem. Artur dostrzegł błysk, wiedział, że znalazł to czego szukał! Oto pięknie błyszczący arkusz blachy! Artur, powszechnie zwany Edziem, wciągnął blachę na swój graciany wózek, i powędrował dalej, by uzbierać dość złomu, aby móc uhonorować dzień butelką taniego wina. Wyliniały kundel Lancelot poczłapał w milczeniu za nim.

***


***

"Słuchajcie, bracia", krzyknął prorok. "Dziś wypełniło się to, o czym mówili nam wielcy wizjonerzy dawnych czasów! Stał się cud, nad wszystkie inne cuda, a jeśli ktoś słowom mym nie wierzy, niech spojrzy i dotknie, i uwierzy swym oczom i swym dłoniom! Oto jest zbawca, ten który przychodzi, aby pozbawić was największego z waszych zmartwień i tylko w nim doznacie ukojenia codziennego znoju! Oto jest najnowszy robot kuchenny, siedemdziesiąt siedem w jednym, który sprawi, że zaczniesz żyć lepiej!" Heniek perorował tak bez końca, a jego stoisko mijały obojętne tłumy.

***


***

Był stwórcą. Uczynił gest i ciemność stała się jasnością. Różne kształty formowały się pod jego dłońmi, a widział, że są one dobre. I stworzył on człowieka i uczynił jego historię. Potrzebował tylko kilku zdań. Spojrzał na swe dzieło i zamyślił się... Po dłuższej chwili uruchomił się wygaszacz ekranu. Janek, recepcjonista na nocnej zmianie, poruszył po raz kolejny myszką, aby ciemność monitora stała się jasnością. I opisywał obrazy, które stawały mu przed oczami, a spoglądając na swoje dzieło kiwał z zadowoleniem głową. "Dobre, dobre. Ale jak to zakończyć?"

***  
KONIEC

Smakowało? ;) Przy okazji wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się świąt. No i do zobaczenia w niedzielę ;)

niedziela, 19 grudnia 2010

Mówiłem na niego Franek

Chciałem wam opowiedzieć o ludzkim okrucieństwie. I to tym, jak ci wredni ludzie zabrali mi przyjaciela.
Znałem Franka odkąd pamiętam. Jeszcze jak byłem mały bawiliśmy się razem w piaskownicy. Razem dorastaliśmy, znał wszystkie moje sekrety, wszystkie problemy. Kiedy pierwszy raz szedłem do szkoły, prowadził mnie za rękę. Pomagał mi się przywyczaić do nowego mieszkania, kiedy się przeprowadziliśmy z rodzicami.

Co mogę jeszcze dodać? Całe dzieciństwo spędziliśmy razem, ale specjalne chwile z dzieciństwa mają to do siebie, że kiedy się o nich opowiada, tracą swoją magię.

Problemy zaczęły się, kiedy poszedłem do szkoły średniej. Nie umiałem tego wytłumaczyć... Ludzie zaczęli nas dziwnie traktować. Te krzywe spojrzenia, ukradkowe szepty, tak jakby coś przed nami ukrywali. Pamiętam jak raz szliśmy sobie razem rozmawiając o niczym, a wszyscy patrzyli na nas, jakbyśmy byli nadzy, czy coś.

Dokładnie pamiętam dzień, w którym wszystko się wyjaśniło. Był ciepły czerwcowy ranek. Szliśmy sobie normalnie do szkoły, rozmawiając jak codzień. Już prawie nie widziałem tych wszystkich podejrzliwych spojrzeń. W pewnej chwili zwrócił moją uwagę refleks światła, jakiś facet wyjął telefon, a w nim odbiło się słońce. Kiedy zaczął przez niego rozmawiać, patrzył w moją stronę. Pomyślałem, że to dziwne, ale szliśmy dalej. Ulicą przejechała karetka i zatrzymała się obok nas. Wyskoczyło z niej dwóch napakowanych pielęgniarzy i ruszyli w naszą stronę.

Nagle wszystko stało się jasne. Te wszystkie ukradkowe śmiechy i szepty. Widzicie, pamiętam jak byłem mały, w telewizji leciał program o kosmitach. Pokazywali jakieś zdjęcia UFO itp. Kiedy moja matka zobaczyła, że to oglądam szybko wyłączyła odbiornik i powiedziała, żebym nie wierzył w te bzdury. Przypomniała mi się ta scena, kiedy ci pielęgniarze ruszyli w moją stronę. Spojrzałem na Franka i wtedy to zobaczyłem. Te nieco zbyt szpiczaste uszy, te odrobinę za duże oczy, ta troszkę zbyt pociągła twarz... On był przybyszem z kosmosu, a ci agenci w białych fartuchach chcieli mi go odebrać.

Na swoje nieszczęście nie wiedzieli, że jestem szkolnym rekordzistą w bieganiu. Chwyciłem przyjaciela za rękę i zaczęliśmy biec. Byliśmy jak wiatr, nieuchwytni. Te śmieszne małpoludy w kitlach nie miały szans, żeby nas dogonić. A poza tym byłem w swojej dzielnicy, znałem tu każdy zakamarek.

Zacząłem kluczyć między uliczkami i nie minęło wiele czasu jak ich zgubiliśmy. Rozejrzałem się i zrozumiałem, że to nie koniec kłopotów. Stałem z kosmitą w środku miasta, ścigany pewnie przez wszystkie agentury jakie mogłem sobie wyobrazić. Na szczęście wiedziałem gdzie się schować.

Kiedy byliśmy mali, zbudowaliśmy sobie bazę, tak jak mają w zwyczaju dzieci. Głównie ja budowałem z tatą, bo Franek zawsze był słaby i chorowity, więc nie chciałem, żeby się przeziębił. Teraz już wiedziałem, że to dlatego, że jego organizm nie przywykł do ziemskich warunków. W ogóle nagle zrozumiałem wiele rzeczy, które zawsze gdzieś podświadomie mnie gryzły, np. dlaczego on nie miał rodziców i takie tam sprawy.

Ale wracając do kryjówki. Niedaleko domu, w którym mieszkaliśmy z rodzicami jak byłem mały, rósł sobie nieduży lasek. Było w nim jeziorko, a nad nim rozła taka stara, pochyła wierzba, której gałęzie zasłaniały całkiem spory kawałek ziemi. Pod jej konarami zbudowaliśmy taką małą budkę z desek, nawet miała drzwi i okno. Była bardzo dobrze ukryta, dopiero z odległości kilku metrów można ją było dostrzec. To było świetne miejsce, tam nas nie powinni znaleźć.

Okazało się, że nie jest tam tak idealnie jak myślałem. Byliśmy w końcu trochę więksi, niż wtedy gdy mieliśmy po 10 lat, ale jakoś się w środku zmieściliśmy.

Mieszkaliśmy tam przez tydzień. Miałem trochę pieniędzy kiedy uciekliśmy, więc nie umarliśmy z głodu, a kiedy byliśmy już tak brudni, że nie mogliśmy sami ze sobą wytrzymać, wykąpaliśmy się w jeziorku. To był cudowny tydzień, nagle poczułem się znowu jak dziecko, całymi dniami siedzieliśmy z Frankiem rozmawiając. Opowiedział mi o tym jak znalazł się na ziemi, kiedy rozbił się jego statek, a cała rodzina została porwana przez agentów. Państwo zatuszowało ten wypadek, tak, że nikt się o tym nie dowiedział. Jemu tylko udało się uciec i wtedy zamieszkał ze mną. Powiedział mi jak naprawdę się nazywa, ale żaden człowiek nie umiałby tego powtórzyć.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Agenci w końcu nas znaleźli. Myślę, że wzięli mojego ojca na przesłuchanie, a on im powiedział o tej mojej kryjówce z dzieciństwa. Przyszli pewnej nocy i zawinęli mnie w biały kaftan. Pewnie po to, żeby nikt się o nic nie pytał, że złapali szaleńca.

Następne dni to koszmar, zastrzyki, przesłuchania (chociaż oni nazywali to terapią). Nie zobaczyłem już Franka, pewnie zabrali go do jakiejś podziemnej bazy i prowadzili na nim eksperymenty.

Mówili mi, że jestem chory, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca, że to wszystko tylko wytwór mojej wyobraźni. Kto wie, może jestem chory. Ale czy ta choroba ma polegać tylko na tym, że ja widzę więcej od nich? Może to oni są ograniczeni, nie ja.

Bo nawet jeżeli jestem chory, to wiem jedno – nie chcę żyć w tym ich "zdrowym" świecie. Wiecie dlaczego? Bo jest to świat uboższy o najważniejszą dla mnie osobę. A ciężko jest żyć bez przyjaciela...

KONIEC

Wyszło tak poważnie i z morałem, trochę nawet wzruszająco ;). Ale cóż, nie samym sarkazmem człowiek żyje.
Uprzedzając pytania - nie jestem schizofrenikiem i nie tłumaczę się z niczego :).
To tyle na dzisiaj. Zapraszam w środę :)

środa, 15 grudnia 2010

Środowy przegląd staroci II

W dzisiejszym przeglądzie opowiadanie chyba silnie inspirowane jakąś książką Terry'ego Pratchetta :). Enjoy



 Sobota, wczesny ranek. Człowiek zdecydował się spróbować jeszcze raz. Wziął głęboki oddech, co jedynie sprawiło ból w potłuczonej klatce piersiowej. Zebrał się w sobie, zacisnął pięści i wytężył wszystkie siły. Udało się- zaropiałe powieki z wolna się otworzyły. Bezlitosne światło wdarło się do oczu potęgując kłujący ból w czaszce. Po paru chwilach zbierania sił spróbował wstać z ławki, na której najwidoczniej spędził noc, chociaż nie był tego pewien. Kiedy już leżał na ziemi, uznał, że jeszcze przez chwilę nie musi wstawać.

Kiedy w końcu udało mu się wstać i utrzymać równowagę, rozejrzał się po okolicy. "Hmm... To niepokojące"- uznał. Nie spodziewał się zobaczyć trawiastej równiny po horyzont, nie zmąconej żadnym krzakiem, czy budynkiem. "To prawdziwie niepokojące"- spróbował powiedzieć na głos. Nazwać to, co wydobyło się z jego krtani charkotem, byłoby obrazą dla wszystkich charczących. Gardło paliło go niemiłosiernie. Człowiek jeszcze nigdy nie był świadomy, że składa się z tylu małych elementów... Teraz każdy przypominał mu o swojej obecności nieznośnym bólem.

Nagle zobaczył coś w oddali. Niewyraźny kształt majaczył na horyzoncie. Człowiek ruszył w jego kierunku. Po marszu trwającym wieczność udało mu się zidentyfikować kształt jako nieduży budynek z szyldem. Człowiek szedł i szedł w jego kierunku. I trwało to naprawdę bardzo długo. Jednak w końcu udało mu się, dotarł. Na szyldzie widniały litery "DS nr 2". Człowiek przekroczył próg.

Intensywne światło oślepiło go. Słyszał jak ktoś krzyczy w pobliżu. Stopniowo zaczynał rozpoznawać słowa...

-Lutek! Obudź się! Wstawaj! Hej, Lutek!
Lutek otworzył oczy i podniósł głowę z lepkiego blatu. Obok niego leżały puste butelki po widaomych płynach. Brzmiała głośna muzyka i gwar rozmów. Lutek roztarł oczy i spojrzał w górę na uśmiechnięte twarze kolegów.
-No, patrz, jednak żyjesz...- dalszy ciąg wypowiedzi umknął rozkojarzonemu Lutkowi. Jego koledzy wybuchnęli śmiechem i poszli sobie. Lutek spróbował wstać, ale zaraz grawitacja przypomniała o sobie, więc spowrotem usiadł. Bardzo chciało mu się pić. Spojrzał na butelki na stole. No cóż, skoro nie ma nic innego...


Człowiek zdecydował się otworzyć oczy... Jednak po chwili namysłu zrezygnował. "Co mi tam, śpię dalej"


KONIEC

niedziela, 12 grudnia 2010

Szach mat

Dzisiaj krótko, acz treściwie.



 Mógłby o sobie mówić – jeden z wielu. Bo rzeczywiście taki był. Sylwetką niczym nie wyróżniał się od innych, wielu zresztą wokół było wyższych, czy silniejszych od niego.
I mógłby o sobie myśleć – szarak z tłumu. Bo i faktycznie wszystko co robił, to mozolne parcie do przodu, tak jak wielu innych wokół niego. Był w zasadzie jedynie trybikiem w maszynie. Wszystko co robił wydawało się narzucone mu z góry, jakby ktoś używał go jedynie do realizacji własnych celów. Jakby wydawał mu rozkazy: "ty, idziesz tutaj, ty tutaj zostajesz, ty udaj się tam, bez względu na koszty".
Ale mógł mieć nadzieję – że jednego dnia dojdzie do celu, że stanie się czymś więcej. I wtedy mógłby na wszystkich innych spoglądać z góry, bo już nie byłby tylko zwykłym szaraczkiem z tłumu. I wtedy mógłby się policzyć ze wszystkimi, którzy wcześniej wydawali się silniejsi, przez których mógł jedynie użalać się nad swoim marnym losem.
Ale czy wtedy przestałby być narzędziem w czyichś rękach? Sprawniejszym, lepszym narzędziem, ale jednak – tylko narzędziem. Czy ten, który się nim posługiwał do tej pory tak łatwo by z niego zrezygnował?

Nie. Dalej spełniałby czyjąś wolę. Bo przecież nawet gdy pionek zmieni się na planszy w królową, wciąż pozostaje pionkiem na planszy.

A on tak naprawdę był tylko zwykłym pionkiem do gry w szachy i w gruncie rzeczy nie mógł ani o sobie myśleć, ani mówić, ani mieć nadziei.

SZACH MAT


Ale następnym razem postaram się napisać więcej ;)

wtorek, 7 grudnia 2010

Środowy przegląd staroci.

Się trochę zdziwiłem. Mojego bloga obejrzał ktoś z USA i z Chorwacji. Pewnie przypadek, ale i tak cieszy. A w dzisiejszym odcinku z cyklu, co tam Głos Nic Nieznaczący pisał, prezentuję legendarny i nieśmiertelny "Kufer". Ktoś pamięta jeszcze? Przy okazji pozdrowienia dla Michała "Kropka", który z "Kufrem" jakieś sceniczne sukcesy odnosił. Ciekawe, czy tutaj też będzie zaglądał?

Kufer

Hej, ty! Tak, tak, ty. Na początek zagadka. Kim jestem? Podpowiadam. Jestem własnością maga, ale zarazem jego najlepszym przyjacielem. To mi powierza na przechowanie swoje najbardziej sekretne receptury. Ja opiekuję się jego złotem i kosztownymi przedmiotami. Pomagam mu utrzymać w okrągłym pomieszczeniu na szczycie wieży porządek. Zawsze jestem obecny, czy to w chwilach smutku, czy radości. A więc czym jestem? Tak, oczywiście, jestem Kufrem. Nie, nie tam jakimś zwyczajnym kufrem, z małej literki. Jestem Kufrem. Dlaczego jestem taki nadzwyczajny? Spróbuj przez dziesiątki lat przechowywać w swoim wnętrzu magiczne artefakty, zobaczymy czym ty się staniesz. A poza tym, czy zwyczajny kufer mówiłby do ciebie?

No dobrze, więc już się sobie przedstawiliśmy. Może teraz chciałbyś się dowiedzieć dlaczego w ogóle do ciebie mówię? No dobrze, ale to długa historia, a żebyś ją zrozumiał, musisz wysłuchać jej całej...

Ekhm... No więc, dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył sobie czarodziej, a z nim żyłem sobie i ja. Jak już powiedziałem, znałem każdy sekret maga, możnaby rzec, że byłem jego powiernikiem. Niestety w tych dawnych czasach potrafiłem wypowiedzieć jedynie słowa: podaj hasło. Może gdybym umiał się lepiej wysłowić, to zdołałbym memu Panu wybić ten głupi pomysł z glowy. Jak on mógł być taki głupi? Czy wyobrażasz sobie, że ten kretyn się zakochał?! Tak, oczywiście w pięknej złotowłosej, jasnookiej księżnicce, zaręczonej potężnemu księciu na rączym ogierze...

Ech, gdybym tylko mógł go zrugać, powiedzieć, że to się zawsze źle kończy... Ale niestety nie umiałem. No i pewnego razu Pan przyszedł do wieży i oznajmił: "Zdobyłem ją!". Niestety, masz rację. Magowie nie są zbyt romantyczni, oczywiście porwał ją i zamknął w najwyższej komnacie, w najwyższej wieży. A klucz do komnaty schował we mnie. Zwiedział się o tym książę, zjechał do zamku i zaczął walić w drzwi, krzyczeć i ogólnie robić zamieszanie. Słyszałem to wszysto ze swojego miejsca pod ścianą. Pan nie reagował na te hałasy, za bardzo zajęty był sporządzaniem eliksiru miłosnego. No wiesz, krew jednorożca wymieszać o wschodzie słońca z ropuszym skrzekiem, potem gotować 10 minut na wolnym ogniu, postawić na oknie aż wyrośnie i tak dalej. Swoją drogą kiedy skończył, szczerze współczułem biedaczce, że musi pić takie świństwa.

Książę w końcu się zmęczył i sobie poszedł, bo to były czasy kiedy o piękną złotowłosą księżniczkę nie było wcale trudno. A mój pan wyjął ze mnie klucz i poszedł do ksężniczki. Kiedy wrócił po jakimś czasie, a księżniczka uwieszona na jego ramieniu, spoglądała na niego z niemym zachwytem, błyskotliwie pojąłem, że napój spełnił swoje zadanie. I wiesz co się wtedy stało? Ten imbecyl odszedł z tą głupią blondynką w świat. Słyszałem potem, że został wędrownym trubadurem i śpiewał piosenki o miłości, a kiedy okazało się, że ma wśród płci przeciwnej branie, porzucił swoją pierwszą muzę.

Od kogo to słyszałem? Celne pytanie. Otóż, niewiedzieć czemu, opuszczone wieże magów wydają się wielu ludziom miejscami pełnymi skarbów. A są pełne jedynie masy notatek, których nikt nie rozumie i brudnej bielizny. No więc, kiedy poszukiwacze skarbów przybywali do wieży, prędzej czy później ich wzrok musiał spocząć na ciężkim, okutym żelazem kufrze. Tak, czyli na mnie. Jeden z nich, zdeterminowany żeby mnie otworzyć, myślał chyba, że jeśli mi opowie co się stało z moim Panem, to z wdzięczności się otworzę. A ja słysząc te nowiny, tylko bardziej się zamknąłem w sobie.

Lata mijały, poszukiwacze skarbów przybywali, próbowali mnie otworzyć, rezygnowali, przychodzili nowi itd. A ja z nudów nauczyłem się mówić. Pewnego dnia przybyłeś ty, ale zaraz wyszedłeś. Po chwili wróciłeś w towarzystwie dwóch rosłych mężczyzn, którzy wbrew moim protestom mnie podnieśli i zabrali z komnaty (swoją drogą, dziwne, że nikomu to wcześniej nie przyszło do głowy, chyba po prostu inni się mnie bali). Nieśli mnie przez chwilę i rzucili tutaj, na ten wóz.

A teraz zmierzam do merituum sprawy. Czy mógłbyś wyciągnąć spode mnie te belki? Strasznie mnie uwierają. O, o dobrze... O tak... Dzięki. Słucham? Oczekujesz czegoś w zamian? No dobrze. Hasło brzmi: "proszę cię uprzejmie, abyś się otworzył". Ciekawe, że nikt na to nie wpadł, przez te wszystkie lata. Ale nic ci z tego nie przyjdzie, jestem pusty. Pan przed wyjściem zabrał całe złoto, jakie mnie wypełniało. Nic nie szkodzi? Przydam się? Ach, na drwa... Na opał... Oj............

KONIEC

Nie wiem jak wy, ale ja się czytając to teraz nieźle bawiłem :). Miłej lektury i widzimy się w niedzielę, kiedy przygotuję coś całkiem świeżego, jeszcze pachnącego piekarnią mojej twórczej głowy ;).

niedziela, 5 grudnia 2010

To dlatego, psze pana...

Żeby mnie zrozumieć, musi pan najpierw wiedzieć, że zdarzyło mi się kiedyś pracować na nocnej zmianie. I nie było mi łatwo. Z wielu powodów.

Najgorsze było chyba to, że ciagle musiałem się czymś faszerować, żeby w ogóle móc funkcjonować. W nocy energizery, żeby nie zasnąć, nad ranem proszki, żeby zasnąć, ciagle tabletki na ból głowy, oczu itp. I tak codziennie przez pół roku...

No właśnie, a po pół roku mnie wywalili. I znowu nie było mi łatwo. Wylądowałem najpierw na bezrobotnym i przez pierwsze miesiące to się przyzwyczajałem do spania w nocy i wstawania w dzień.

No a potem znalazłem tę pracę jako stróż nocny na cmentarzu. I znowu zacząłem zamieniać się w nafaszerowaną sowę. Odkryłem, że do tabletek usypiających dobrze pasuje kieliszek wódki, od razu człowiek zasypia. A z energizerami też się wódka dobrze komponuje, więc jak pan widzi, znalazłem nową przyjaciółkę.

Ta praca nie była zła, spacer z latarką po cmentarzu na początku był dosyć straszny, ale potem się przyzwyczaiłem. No, do czasu, ale o tym zaraz. Trochę gorzej było w zimie, ale i to da się przeżyć. Dwie pary skarpetek, ciepłe gacie... No i trochę więcej wódki, wie pan, dla zdrowia.

A potem zaczęły się dziać te dziwne rzeczy...

Zaczęło się jakby niewinnie, w czasie obchodów cmentarza. Najpierw zacząłem słyszeć wiatr... Wie pan, tam zawsze wieje, no bo duża przestrzeń, no i świszcze między drzewkami, nagrobkami. Ale tak jest zawsze, więc się tego nie słyszy, przyzwyczajasz się. No a ja nagle zacząłem słyszeć więcej.

Najpierw to ten wiatr tak brzmiał, jakby ktoś wciągał powietrze przez zęby. Trochę się tego bałem, ale wie pan, pracować trzeba. No to zacząłem pić więcej tej wódki, tak na odwagę.

Potem zacząłem rozróżniać słowa. No najpierw pojedyncze i myślałem, że bez sensu. Np. pojedyncze: "wóóóózzzz", czy: "nóóóóóżżżżż". Potem to wszystko się zaczęło składać w całość. Ja starałem się nie słuchać, wie pan, same głosy bez mówiących, to trochę strasznie. Ja się nawet radia boję trochę...

No, a potem to zacząłem ich widywać. Najpierw gdzieś migał jakiś kształt, taki głębszy cień gdzieś pod nagrobkiem. Myślałem, że pewnie wiewórka jakaś, albo kot. No ale one nie mówią. A te cienie mówiły. I szczerze mówiąc, to się przyzwyczaiłem do nich i się już ich nie bałem.

A to je ośmieliło i w końcu mi się jeden pokazał. Taki był niski, uszaty, przy kości. Ale było widać, że taki trup trochę, i brudny, cały w ziemi. I codziennie przychodził i tak się szwendał za mną, ja się nie bałem, bo jakby coś chciał mi zrobić to by pierwszej nocy zrobił.

Potem się zaczęli pojawiać następni i tak razem chodziliśmy na obchody. W sumie to mi raźniej było z nimi, niż samemu. I tak zacząłem z nimi gadać po trochu, no ja do nich bardziej, bo oni to milkliwi byli, tylko to świszczące powietrze i szepty jakieś. I tak od słowa do słowa, to z jednym nawet raz się brudzia napiłem.

Pan mi nie wierzy, ja widzę. Ale to nie koniec jeszcze. Właśnie dziś w nocy było inaczej. Tak szli za mną, ale jakoś inaczej niż zawsze, tacy spięci trochę. To ja się odwracam do nich i pytam o co chodzi. No i wychodzi jeden przed szereg, ten mały z uszami, co mówiłem już o nim. I mówi, że oni są zombi. I że tak czuli, że ja jestem żywy, ale nie byli pewni, bo ja się ich nie bałem, a poza tym to wyglądam prawie jak oni, bo blady taki i z podkrążonymi oczami. Ale dzisiaj wziąłem kanapkę i zjadłem, więc chyba jestem jednak żywy. No i ja stoję jak wryty, i zrozumiałem, że oni nie żaden nóż, czy wóz mówili, tylko: "móóóóózzzg".

I nagle oni wyciągają łapy i przyspieszają w moją stronę. No to ja się obróciłem i w nogi. I wybiegłem z cmentarza, ale się bałem, więc biegłem dalej. I się potknąłem i wpadłem w błoto. Ale dalej się bałem, więc wstałem i pobiegłem dalej. A tu patrzę, rower o ścianę stoi oparty. No to jam na niego wsiadł i dalej uciekałem na nim.

No i tak się rozpędziłem, no i z tego strachu to nie widziałem co przede mną jest. I właśnie dlatego, panie władzo, stuknąłem w ten wasz radiowóz. I dlatego ode mnie wódką czuć i dlatego jestem cały w błocie. Ale już się nie boję. Bo panowie mnie obronicie, macie broń!

KONIEC

Ponieważ mam nadzieję, że tego bloga będą czytać też osoby, które nie znały starego bloga, więc postanowiłem, że co środę będę zamieszczać tutaj opowiadania stamtąd. Więc jak ktoś chce poznać/odświeżyć, to zapraszam w środę.

czwartek, 2 grudnia 2010

I'm back!

Postanowiłem wznowić działalność blogerską, pod wpływem (nie)licznych nacisków ze strony znajomych i rodziny. Tak więc dobra wiadomość dla wszystkich, którzy lubili przeczytać co tam nowego wystukałem na klawiaturze, zła dla mojego lenistwa, z którym będę walczył - postaram się raz w tygodniu zamieszczać nowe opowiadanie (powiedzmy, co niedzielę wieczorem). Tak więc miłej lektury i trzymajcie za mnie kciuki. Jak się Wam spodoba, to dajcie znać znajomym, może oni też to polubią.

Na początek opowiadanko, które spoczywało w przepastnych czeluściach mojego dysku twardego już jakieś pół roku.

*****

WSTĘP

     Obudziły mnie wściekłe krzyki. Cienkie ściany starych bloków są już chyba sławne z tego, że zatrzymują dźwięki z równą łatwością, jak sitko wodę. Nie potrzebowałem telewizji, żeby codziennie być słuchaczem jakiejś mydlanej opery. Myślę, że mógłbym o swoic sąsiadach powiedzieć równie dużo, co oni sami.
Tak więc jeszcze zanim rozbudziłem się do końca, wiedziałem już o co chodzi. Sąsiad Rysiek nie wrócił w nocy do domu i teraz jego żona Frania suszy mu głowę (i przy okazji wszystkim dookoła). Zresztą jest to zbędne, bo znając sąsiada już go suszy wystarczająco.
     Zegarek wyświetlał za pięć siódmą, więc doszedłem do wniosku, że dalsze spanie tylko mnie bardziej zmęczy. Szybko doprowadziłem się do stanu używalności i zrobiłem sobie śniadanie, które zjadłem przeglądając jakieś głupie strony w internecie. Kiedy zegarek wskazał ósmą, ubrałem się i wyszedłem do pracy.
     W windzie spotkałem się z sąsiadem z góry, Andrzejem. Wielki facet, z długimi kudłami, w czarnych ciuchach i o posępnym spojrzeniu. Zawsze dziwiło mnie, jak wysoki ma głos, ale jakiś instynkt bronił mnie przed wyrażeniem tego głośno. Andrzej lubił szlifować nowe gitarowe riffy o czwartej nad ranem, ale szczerze wolę to od coniedzielnych atrakcji serwowanych przez Mietka, który wsiadł piętro niżej. Mianowicie ten czterdziestoletni stoczniowiec uwielbiał leczyć posobotniego kaca przy disco-relax puszczanym ze starych kaset. Mimo to, wymieniliśmy wszyscy trzej uściski dłoni, pytając jak zdrówko, pewnie w nadzieji, że usłyszymy: "nienajlepiej".
     Oto już jestem na dole i siadam za kierownicą swojego dużego fiata. Lubię ten samochód prawie tak bardzo jak swoich sąsiadów. Ale zdecydowanie wolę jechać nim, niż czekać na autobus.
Dojazd do pracy zajmuje mi dziesięć minut. Jest to czas wystarczający, żeby znienawidzić swoje auto, swoich rodaków za to jak jeżdżą, oraz wejść w stan szczerego podziwu dlatego jak bujny jest mój język.
W pracy szef od wejścia częstuje mnie motywacyjną gadką, o tym, że do niczego się nie nadaję. Nie zwracam na to uwagi, tak jak nie zauważa się szczekania psów na wsi. Siadam do swojego biurka i przeglądam zlecenia na dziś.
     Hmm... spójrzmy: polityk, duża kasa, ale ryzykowne; jakaś nowa gwiazdka, nuda i mało płacą; prezenter telewizji, to coś dla mnie. Sprawdzam szczegóły zlecenia. Kiedy wiem już wszystko, pakuję sprzęt i niespiesznie zbieram się do wyjścia. Jeszcze gadka-szmatka z Jurkiem przy automacie do kawy, trochę flirtu z sekretarką i mogę już iść.
     Przyczaiłem się w krzakach, 100 metrów od drzwi domu, w którym znajduje się "cel". Złożyłem dokładnie sprzęt, wymierzyłem lunetę, dostroiłem ostrość. Ustawiłem wszystko na statywie, żeby nie męczyć rąk i zostało mi tylko czekać.
     I oto drzwi się otwierają, pojawia się w nich najpierw ładna dziewczyna,jakieś 20 lat, za nią pojawia się słynny z publicznych wiadomości Tomasz, od dziesięciu lat żonaty z równie sławną Hanią. A więc informator miał rację, w końcu. Chwytam szybko za spust, celuję...

ROZWINIĘCIE A

     Ładny kadr i zdjęcie. Wyszło pięknie, nawet nie trzeba będzie nic dodawać w photoshopie. Artykuł na pierwszą stronę gotowy! Tomasz zdradza Hanię, a ja na tym nieźle zarobię. Podczas gdy pakuję sprzęt, niczego nieświadoma para przeciąga chwilę pożegnania. Ale mi to lata, praca zrobiona, czas wracać. Plan na dzisiaj - upić się do nieprzytomności!

Jacek, 24 lata, paparazzi.

ROZWINIĘCIE B

     Tłumik na lufie skutecznie zniwelował huk wystrzału, tak, że nikt nie był w stanie powiedzieć, skąd nadleciał pocisk. Młoda dziewczyna zaniosła się krzykiem, gdy jej kochanek powoli osunął się na ziemię. Nie mam czasu na obserwowanie, muszę szybko spakować karabin i w nogi. Za jakieś pięć minut przyjedzie radiowóz, to dość czasu, żeby swoim niepozornym autem oddalić się na bezpieczną odległość. Dzisiaj w nocy, znowu nie zasnę, taki zawód, przynajmniej dobrze płacą. Znowu będzie trzeba upić się do nieprzytomności...

Marcin, 32 lata, płatny morderca.

ROZWINIĘCIE C

     Czekam, aż się pocałują na pożegnanie. Gdy tylko zbliżają twarze robię zdjęcie. Pani Hania potrzebuje dobrych dowodów, więc je dostanie. Pakuję sprzęt i niespiesznie wracam do biura. Przynajmniej tym razem zlecenie się powiodło. W sumie szkoda, zawsze lepiej, kiedy zdrada jest tylko wymysłem zleceniodawcy. Nie ma co się teraz zastanawiać, póżniej w pubie będzie można pogadać.

Kazik, 40 lat, detektyw.

KONIEC


To tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że się podobało.