***
Słońce powoli chowało się za góry, a zmrok objął ramieniem ziemię. Ze szczeliny między skałami niezgrabnie wypełzła jakaś postać. Nerwowo rozejrzała się dokoła. Kiedy nabrała pewności, że nic jej nie zagraża, ostrożnie zaczęła schodzić ze zbocza góry.
Każdy jej ruch zdradzał nerwowość. Głowę skrywał kaptur, spod którego dawało się słyszeć jakby węszenie. Przygarbiona sylwetka cicho sunęła tuż przy ziemi. Zatrzymała się, gdy jej drogę przecięła wąska struga rwącego potoku. Chwilę zbierała się w sobie, po czym szybko przebiegła przez wodę, a wtedy spod kaptura dało się usłyszeć ciche, niskie mruknięcie. Po kilku sekundach ruszyła dalej wzdłuż strumienia.
Po dłuższym marszu rzeczka skończyła swój bieg, wpadając do dużego, ciemnego jeziora. Postać podeszła nad wodę, a kiedy zobaczyła w tafli wody swoje odbicie, zgarbiła się jeszcze bardziej. Pod kapturem błysnęły smutne, przestraszone oczy. Znów minęło kilka chwil, zanim postanowiła ruszyć dalej. Na horyzoncie majaczyły już czubki drzew, cel wędrówki.
Podczas marszu księżyc powoli wspinał się na szczyt nieba, a jego światło zdawało się wlewać jeszcze większą nerwowość w serce podróżnika. W końcu wszedł on między pierwsze drzewa lasu, a ich cień przyniósł mu wyraźną ulgę. Przez chwilę jego ruchy stały się nieco mniej uważne, sylwetka nieco bardziej prosta. Ale ta minuta rozprężenia mogła zaprzepaścić całą podróż. Jeden nieuważny krok i pod stopą pękła jakaś sucha gałąź. Przestraszona postać zastygła w miejscu, nasłuchując, czy przyjdzie mu zapłacić za tę nieostrożność. Początkowo między drzewami była cisza, pozorny spokój. Ale już po chwili dało się słyszeć ciche, niby ptasie pogwizdywanie. A zaraz po nim brzęk puszczanej cięciwy łuku.
Wędrujący na ten dźwięk momentalnie przypadł do ziemi, a srebrzysty grot strzały ledwie go chybił. W mgnieniu oka postać poderwała się z ziemi i zawracając, popędziła przed siebie, klucząc między drzewami. Kolejne strzały poszybowały za nią, a nocną ciszę przerwał sygnał rogu.
Uciekający wypadł z pomiędzy drzew i pędził przygarbiony, a świsty mijających go strzał sprawiały, że z każdą chwilą przyspieszał. Jednak z taką prędkością, trudno jest utrzymać równowagę, jego noga wpadła w jakieś zagłębienie, jakąś króliczą norę i runął jak długi na ziemię. Przez chwilę wszystko wokół niego ucichło i jedynym co leżący słyszał, było bicie jego serca, tak silne i szybkie, jakby nie zważając na swego właściciela, chciało ono dalej uciekać, już bez niego.
Jeszcze kilka długich chwil minęło, zanim postać podniosła się z ziemi. Gdy się w końcu uniosła, usłyszała za plecami cichy szelest. Powoli obróciła się w miejscu, a jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna, w szarym ubraniu, trzymający w rękach łuk, wycelowany w jej serce.
-Pokaż się!- rzucił łucznik, stanowczym, zimnym głosem.
Postać podniosła ręce do góry i zsunęła z głowy kaptur, pokazując swą brzydką, zieloną twarz, wystające zęby i przerażone, zezowate oczy. Brzęknęła cięciwa.
Gdy nasz bohater padał na ziemię, z lotką strzały sterczącą mu z piersi, przez jego głowę przemknęła ostatnia myśl - "ciężki jest żywot goblina w świecie fantasy."
KONIEC
fajne, niestety to tak już to z goblinami jest
OdpowiedzUsuń