niedziela, 17 kwietnia 2011

W świecie fantasy.

Tym razem udało mi się napisać opowiadanie, może trochę krótkie, ale i tak mam nadzieję, że się Wam spodoba. Tak więc już nie przedłużając, miłej lektury.

***

Słońce powoli chowało się za góry, a zmrok objął ramieniem ziemię. Ze szczeliny między skałami niezgrabnie wypełzła jakaś postać. Nerwowo rozejrzała się dokoła. Kiedy nabrała pewności, że nic jej nie zagraża, ostrożnie zaczęła schodzić ze zbocza góry.

Każdy jej ruch zdradzał nerwowość. Głowę skrywał kaptur, spod którego dawało się słyszeć jakby węszenie. Przygarbiona sylwetka cicho sunęła tuż przy ziemi. Zatrzymała się, gdy jej drogę przecięła wąska struga rwącego potoku. Chwilę zbierała się w sobie, po czym szybko przebiegła przez wodę, a wtedy spod kaptura dało się usłyszeć ciche, niskie mruknięcie. Po kilku sekundach ruszyła dalej wzdłuż strumienia.

Po dłuższym marszu rzeczka skończyła swój bieg, wpadając do dużego, ciemnego jeziora. Postać podeszła nad wodę, a kiedy zobaczyła w tafli wody swoje odbicie, zgarbiła się jeszcze bardziej. Pod kapturem błysnęły smutne, przestraszone oczy. Znów minęło kilka chwil, zanim postanowiła ruszyć dalej. Na horyzoncie majaczyły już czubki drzew, cel wędrówki.

Podczas marszu księżyc powoli wspinał się na szczyt nieba, a jego światło zdawało się wlewać jeszcze większą nerwowość w serce podróżnika. W końcu wszedł on między pierwsze drzewa lasu, a ich cień przyniósł mu wyraźną ulgę. Przez chwilę jego ruchy stały się nieco mniej uważne, sylwetka nieco bardziej prosta. Ale ta minuta rozprężenia mogła zaprzepaścić całą podróż. Jeden nieuważny krok i pod stopą pękła jakaś sucha gałąź. Przestraszona postać zastygła w miejscu, nasłuchując, czy przyjdzie mu zapłacić za tę nieostrożność. Początkowo między drzewami była cisza, pozorny spokój. Ale już po chwili dało się słyszeć ciche, niby ptasie pogwizdywanie. A zaraz po nim brzęk puszczanej cięciwy łuku.

Wędrujący na ten dźwięk momentalnie przypadł do ziemi, a srebrzysty grot strzały ledwie go chybił. W mgnieniu oka postać poderwała się z ziemi i zawracając, popędziła przed siebie, klucząc między drzewami. Kolejne strzały poszybowały za nią, a nocną ciszę przerwał sygnał rogu.

Uciekający wypadł z pomiędzy drzew i pędził przygarbiony, a świsty mijających go strzał sprawiały, że z każdą chwilą przyspieszał. Jednak z taką prędkością, trudno jest utrzymać równowagę, jego noga wpadła w jakieś zagłębienie, jakąś króliczą norę i runął jak długi na ziemię. Przez chwilę wszystko wokół niego ucichło i jedynym co leżący słyszał, było bicie jego serca, tak silne i szybkie, jakby nie zważając na swego właściciela, chciało ono dalej uciekać, już bez niego.

Jeszcze kilka długich chwil minęło, zanim postać podniosła się z ziemi. Gdy się w końcu uniosła, usłyszała za plecami cichy szelest. Powoli obróciła się w miejscu, a jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna, w szarym ubraniu, trzymający w rękach łuk, wycelowany w jej serce.

-Pokaż się!- rzucił łucznik, stanowczym, zimnym głosem.

Postać podniosła ręce do góry i zsunęła z głowy kaptur, pokazując swą brzydką, zieloną twarz, wystające zęby i przerażone, zezowate oczy. Brzęknęła cięciwa.

Gdy nasz bohater padał na ziemię, z lotką strzały sterczącą mu z piersi, przez jego głowę przemknęła ostatnia myśl - "ciężki jest żywot goblina w świecie fantasy."

KONIEC

niedziela, 10 kwietnia 2011

Najmocniej przepraszam...

Najmocniej przepraszam, ale dzisiaj wpisu nie będzie, z powodu braku pomysłów :). W tym tygodniu muszę tężej wysilić głowę i może coś wymyślę. Zapraszam w następną niedzielę.

niedziela, 3 kwietnia 2011

W niewoli pana S. cz. II

Dzisiaj obiecana część druga opowiadania sprzed tygodnia. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

***

W końcu zdecydował się ruszyć dalej i otworzył drzwi. Za nimi znajdowało się kolejne pomieszczenie, tym razem jednak było ono ogromne. Ściany i sufit znajdowały się tak daleko obserwatora, że w pierwszym momencie wydawało się, że stoi się na otwartej przestrzeni. Mężczyzna ruszył przed siebie, w nadziei, na znalezienie wyjścia.

Kiedy tak wędrował przed siebie, zauważył, że powietrze wokół niego faluje, jakby z gorąca. Jednak temperatura była raczej chłodna. Zdało mu się, że przezroczyste powietrze przybiera jakieś kształty, na tyle niewyraźne, że nie dało się ich dostrzec, jednak na tyle wyraźne, że nie sposób było je przeoczyć.

W końcu mężczyzna dostrzegł przed sobą wyraźnie ścianę, a w niej jakby kolejne drzwi, więc przyspieszył kroku, chcąc w końcu opuścić to dziwne miejsce niewoli. Jednak kiedy się zbliżył, zauważył, że to nie drzwi widnieją w ścianie, ale duże, prostokątne lustro. Podszedł więc do niego i spojrzał na siebie.

Zniszczony człowiek o bardzo posępnym spojrzeniu. Coś w tym jego odbiciu było przygnębiającego. A także coś bardzo niepokojącego. Kiedy tak patrzył na swe lustrzane alter ego, ono nagle mrugnęło. Tego już było za wiele, mężczyzna podszedł z wściekłym spojrzeniem do lustra, a jego odbicie zamiast się zbliżyć, zrobiło kilka kroków w tył.

-Tylko spokojnie- powiedział człowiek za szklaną taflą - Jestem pewien, że możemy to załatwić jak dorośli ludzie.
-Kim jesteś? I... Kim ja jestem? - zapytał mężczyzna i nagle zdał sobie sprawę, że nie pamiętał już, kiedy ostatnio słyszał dźwięk swojego głosu.
-Tak się składa, że odowiedź na oba te pytania jest taka sama. A w zasadzie nie, zupełnie inna. - odpowiedziało "odbicie" i uśmiechnęło się tak trochę złośliwie, ale jednocześnie życzliwie.

Mężczyzna spojrzał na siebie, a zarazem na kogoś zupełnie innego. Od tego wszystkiego zaczynała go boleć głowa. A może bolała już wcześniej, tylko on dopiero teraz to sobie uświadomił?

-Nie jest łatwo wyjaśnić ci wszystkiego w jednym krótkim zdaniu - kontynuował człowiek z lustra. - Ale to nie powinno ci przeszkadzać, mamy dużo czasu. Spocznij sobie, widzę, że jesteś bardzo zmęczony.
Skołowany mężczyzna zobaczył za sobą w lustrze fotel. Nie odwracając głowy sięgnął ręką w tył i wymacał miękkie oparcie. Wciąż nie patrząc za siebie usiadł na fotelu, jego podejrzane odbicie tym razem robiło wszystko tak samo, jak on. Po kilku chwilach siedzenia i patrzenia sobie w oczy, człowiek z lustra postanowił kontynuować.

-Jesteśmy pisarzem. Nazywamy się Jan Stryjecki. To jest nam wspólne. Jednak jednocześnie jesteśmy kimś innym. Ciebie nazywają Kreatywnością. Ja jestem Dozorcą. Jest nas tutaj dużo więcej. Jednak ty jesteś najważniejszy.
-Wszystko zaczęło się od tego, że postanowił... Postanowiłem... Postanowiliśmy okiełznać swoją wyobraźnię. To przecież czyni każdy pisarz. Jednak my mieliśmy lepszy pomysł. Zauważ, że doskonałe pomysły często rodzą się w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy nie masz czasu, siły, lub ochoty na przelewanie ich na papier. Postanowiliśmy sobie z tym poradzić. Wykrystalizować swoją kreatywność i zmusić ją do nieustannego działania. I wysysać efekty jej pracy wtedy, gdy mamy na to czas, siłę i ochotę.
-Krystalizacja się powiodła bardzo dobrze. Powiedziałbym, że aż za dobrze. Powstałeś ty - osoba. Czujesz, myślisz, śnisz. Niestety musieliśmy się pogodzić z twoim bólem. Jest to cena za coś czego nie ma nikt inny - za sny czystej Kreatywności. Twoje sny są wspaniałe, wprost same się piszą.
-A teraz wybacz, ale niestety jesteś dla nas zbyt cenny, by pozwolić ci bezkarnie panoszyć się po komnatach naszego Umysłu.

Nagle jego odbicie wyciągnęło zza pazuchy mały pistolet i przyłożyło sobie do skroni. A mężczyzna zdał sobie sprawę, że jego ręka także trzyma broń, przyłożoną do głowy. Zanim zdążył zareagować, jego palec bezwiednie pociągnął za spust.

***

Do małego pokoju przez okienko pod sufitem wpadało trochę światła, wędrującego powoli po podłodze. Na środku na krześle siedział wymizerowany mężczyzna. Właśnie wybudził się ze snu. Był to bardzo dziwny sen, nie pamiętał dokładnie całości, ale tuż przed przebudzeniem wydawało mu się, że rozmawia ze swoim odbiciem w lustrze. A potem strzelił sobie z pistoletu w głowę. "Może to był tylko dziwny sen - pomyślał Kreatywność - tylko ten ból skroni... Jest taki realny."

KONIEC

niedziela, 27 marca 2011

W niewoli pana S. cz. I

Teoretycznie jest 15 po północy, więc znowu wpis pojawia się w poniedziałek. Ale wg czasu zimowego jest jeszcze niedziela, więc czuję się usprawiedliwiony. Dzisiaj tylko pierwsza część opowiadania, nie mam już siły siedzieć i pisać. Drugą część postaram się skończyć do środy, ale jeżeli mi się nie uda, to już na pewno pojawi się w niedzielę za tydzień. Miłej lektury.

* * *


Do małego pokoju przez okienko pod sufitem wpadało trochę światła, wędrującego powoli po podłodze. Kiedy dotarło na środek pomieszczenia, zastało tam drewniane krzesło, z siedzącym na nim mężczyzną. Głowę opartą miał na piersi i zdawał się drzemać. Naprzeciw niego widać było uchylone drzwi, zza których dobiegały ciche dźwięki groteskowej, jakby cyrkowej muzyki. Kiedy promienie słońca dotarły do twarzy mężczyzny, ten ostrożnie otworzył oczy.

Powoli do jego świadomości napływały kolejne informacje. Okropny ból głowy, suchość w ustach. Ręce skrępowane za plecami. Przez chwilę jego uwagę zajął spacerujący po podłodze żuk, który jednak w końcu dotarł do uchylonych drzwi i zniknął z pola widzenia. Z braku innych zajęć, mężczyzna zasnął.

Kiedy się obudził, otaczał go mrok. Przez chwilę miał jeszcze przed oczami obrazy snu, jakiś ciemny park, zaniedbany dworek, pomarszczony starzec, wielkie chmary much. I ostatnie wspomnienie, szara pustynia piasku, którym okazał się być śpiący. Wszystko to układało się w jakąś posępną opowieść, jednak jej sens pozostawał dla mężczyzny ukryty. Nagle jęk otwieranych drzwi rozproszył ciszę, a chwilę później przeraźliwie białe światło jarzeniówki to samo zrobiło z ciemnością, co na kilka sekund oślepiło siedzącego.

Gdy już odzyskał wzrok zobaczył, że jakaś postać krząta się wokół niego, rozstawiając jakąś dziwną aparaturę, niby jakiś wielki odkurzacz, z którego wystawała długa ssawka. Tajemniczy osobnik w końcu uporał się z robotą, kwitując to cichym mruknięciem. Nacisnął jakiś przycisk, a z maszyny wydobyło się ciche brzęczenie. Wtedy sięgnął po ssawkę i wepchnął ją siedzącemu do ust, rozwierając je najpierw siłą. Skrępowany mężczyzna poczuł jak obrazy ze snu powoli rozmazują się, jednocześnie z "odkurzacza" zaczęły wysuwać się powoli zadrukowane kartki papieru. Po chwili mężczyzna stracił przytomność.

* * *

Do znanego już nam pokoju wpadało światło, budząc jegomościa siedzącego pośrodku. Po podłodze niespiesznie spacerował sobie żuk. Kiedy zniknął za drzwiami, mężczyzna postanowił za wszelką cenę pójść w jego ślady. Zaczął szarpać rękoma, jednak więzy na plecach były bardzo solidne. Wtedy nie mając innego pomysłu, zaczął kiwać się na krześle, tak, że w końcu zdołał się przewrócić, ale przy tym uderzył głową w posadzkę i stracił przytomność.

Gdy się ocknał, poczuł ostry ból dłoni. Okazało się, że przy upadku oparcie krzesła połamało się, raniąc mu ręce. Nie zajmowało to jednak za długo jego myśli, najważniejsze było to, że w końcu mógł stanąć na nogach, mimo  tego, że dalej pozostał skrępowany. Długo podnosił się z posadzki, ale w końcu udało mu się i zrobił kilka chwiejnych kroków. Podszedł do drzwi i pchnął je lekkim kopnięciem.

Znalazł się w kolenym pokoju, na środku stało zawalone papierami biurko, a w kącie dziwna, podobna do odkurzacza maszyna. Tutaj światło również wpadało do środka przez małe okienko pod sufitem. Nagle jego wiązka trafiła między kartkami na jakiś metalowy przedmiot, który z radości aż błysnął. Nożyk do otwierania listów! Mężczyzna podszedł, a ponieważ ręce związane miał na plecach, stanął tyłem do biurka i gorączkowo, na oślep wodził po nim palcami, aż poczuł zimny dotyk metalu. Wtedy szybkimi ruchami zaczął piłować krępujący go sznur, nie raz się przy tym raniąc.

W końcu przecięte pęta padły na ziemię. Mężczyzna zaczął rozcierać zdrętwiałe nadgarstki i ruszył w stronę kolejnych drzwi. Przez chwilę się zawahał, bojąc się, co też się za nimi znajduje.

CDN

niedziela, 20 marca 2011

Narracja po raz kolejny...

Przy okazji każdego wpisu na blog, muszę stoczyć ciężką batalię ze swoim lenistwem. Niestety tydzień temu nawiązało ono nagły sojusz z przeziębieniem i poniosłem straszliwą klęskę. Jeśli ktoś się poczuł zawiedziony, że nie było wpisu, to serdecznie przepraszam ;). Tymczasem udało mi się napisać coś dzisiaj, tak więc zapraszam do lektury.

***

Ostatnio odkryłem u siebie dziwną skłonność. Polega ona na tym, że wszystko co spotyka mnie w życiu odruchowo ubieram w narrację. Przykładowo patrzę za okno, pada deszcz, a w mojej głowie pojawia się od razu myśl: "krople deszczu uderzając o szybę, wybijały posępny rytm, doskonale pasujący do melancholijnej muzyki moich myśli." Kiedy tylko zdałem sobie z tego sprawę, zaczęło mnie to straszliwie irytować. Próbowałem więc tę dziwną skłonność zwalczyć.

Nie spodziewałem się, że będzie to takie trudne. Czasami wydawało mi się, że ktoś na siłę wtłacza mi do głowy niecchciane słowa. Próbowałem więc zająć głowę czymś innym, na przykład czytaniem książki. Ale znowu, zamiast skupić się na treści, moje myśli przybierały kształt narracji, opisywały to, że siedzę z książką, albo to, jak bohater powieści odzwierciedla moje wewnętrzne przeżycia.

Pewnego dnia szedłem sobie chodnikiem, z całych sił walcząc z myślami. Było szaro, deszczowo i wietrznie, co sprawiało dodatkowy problem, gdyż nie wiedząc czemu, mój wewnętrzny narrator wyjątkowo sobie upodobał melancholię. Nagle tknęło mnie przeczucie, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłem wzrok, do tej pory wbity w ziemię i rozejrzałem się. Kątem oka dostrzegłem jakiś cień, który szybko schował się w bramę. Przyspieszyłem kroku, co chwila rozglądając się nerwowo.

Postanowiłem sprawdzić, kto mnie śledzi (i czy w ogóle ktoś), więc skręciłem w boczną uliczkę i schowałem się w drzwiach kamienicy. Po chwili faktycznie moją kryjówkę minął kurpulentny człowieczek, rozglądający się nerwowo. Kiedy zorientował się, że mnie zgubił, odwrócił się, a ja wtedy wyszedłem z cienia. Na mój widok mężczyzna próbował czmychnąć, ale nim zdążył zrobić krok, złapałem go za ramię i przyparłem do muru.

- Czego chcesz ode mnie?- wyjęczał, ale jego rozbiegane oczy zdradzały, że nie jest tylko przypadkowym przechodniem.
- To ja powinienem zadać to pytanie- odpowiedzałem spokojnie, zacieśniając chwyt na jego ręce.
- Wszystko co chcesz wiedzieć znajdziesz w mojej kieszeni- wyjąkał. Sięgnąłem więc do niej, a moje palce natrafiły na złożoną kartkę papieru. Kiedy ją wyciągałem, musiałem poluzować chwyt, gdyż mężczyzna wyrwał mi się i czym prędzej czmychnął. Nie chciało mi się ganiać za nim na deszczu, więc schowałem się z powrotem w futrynie drzwi i rozłożyłem papier. To co tam zobaczyłem w pierwszym momencie mnie bardzo zdziwiło. W drugim wszystko ułożyło się w spójną całość. Zrozumiałem wreszcie źródło mojej dziwnej skłonności. I przestałem z nią walczyć.

Na karteczce napisane było jedno zdanie: "Baranie! Jesteś głównym bohaterem filmu noir! Musisz prowadzić wewnętrzną narrację."

KONIEC

niedziela, 6 marca 2011

Narratorem być.

Dzisiaj udało mi się napisać przed północą :). Ale z drugiej strony będzie bardzo krótko. Zapraszam do lektury.

* * *
Zmęczone po całodniowym biegu czerwone słońce powoli chowało się za taflę morza. Na jeden moment wszystko przybrało ciepłe barwy, towarzysząc mu w tej drodze. Łagodny szum fal przerywały z rzadka krzyki mew. Wydawało się, że...

-Halo, kochanie? Słyszysz co mówię?
-Hmm? A, tak, przepraszam, zamyśliłem się...

Pośród niezmierzonych połaci złotego piasku, siedziało na plaży dwoje osób, chłopak i dziewczyna – wtuleni w siebie, delektowali się magiczną scenerią wieczoru...

-Hej, jesteś tam? Zadałam ci pytanie!
-Przepraszam, znowu się zamyśliłem.
-O czym ty tam tak zamyślasz, co?!
-A, to głupie, przepraszam... Robię narrację.
-No to przestań, bo mówię ci o czymś dla mnie ważnym!

Idealny spokój morskiego szumu został zakłucony. Krzyk niepodobny do krzyku mew rozdarł powietrze. Chłopak dostrzegł coś niepokojącego w twarzy towarzyszki. Jej skóra zaczęła przybierać niezdrowego, zielonego odcienia, a nerwowy oddech wylatujący z nozdrzy miał postać smużek dymu. I to wściekłe spojrzenie oczu, przeciętych cienkimi pionowymi źrenicami, jak u kota...

-Mam dość! Niby na mnie patrzysz, ale w ogóle mnie nie słuchasz! Ciągle w swoim świecie! Idę stąd!
-A idź, głupia smoczyco! Już i tak mi zniszczyłaś idealną scenę!

Dziewczyna wstała i rozpostarła błoniaste skrzydła, po czym wzniosła się w powietrze. A chłopak odetchnął z ulgą i położył się na plecach. Nareszcie mógł w spokoju pomyśleć.

KONIEC

To tak z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet ;). Miłym Paniom życzę wszystkiego najlepszego (niemiłym najlepszego, ale trochę mniej). Do przeczytania za tydzień!

niedziela, 27 lutego 2011

Motywacja

Dzisiaj postanowiłem zrezygnować ze swojej ulubionej narracji pierwszoosobowej, mam nadzieję, że się wam spodoba.

* * *

Nieliczne promyki światła szukały sobie drogi między żaluzjami, aby oświetlić niewielki, zapuszczony pokój. Podłogę pokrywała ściółka pustych puszek i opakowań po pizzy. Gdzieniegdzie pnącza brudnych ubrań obrastały poręcze krzeseł. Pod jedną ze ścian, na podniszczonym tapczanie leżał zaniedbany przedstawiciel miejscowej fauny. Jeden ze zbłąkanych promyków padł na jego twarz, pokrytą kilkudniowym zarostem i tak długo wodził mu po oczach, aż te się otworzyły.

Postać podniosła się powoli i usiadła podpierając głowę rękoma, po czym spędziła w tej pozycji tyle czasu, że narrator zdążył zaparzyć sobie herbatę (która swoją drogą przydała by się także bohaterowi). Kiedy w końcu mężczyzna zdecydował się unieść twarz, promyki słońca, coraz mniej nieśmiałe, pokazały jak żałosny reprezentował gatunek człowieka.

Zlepione strąki włosów opadały na brudne czoło, oczy miał zaczerwienione od braku snu i nadmiaru łez. Pomięte ubrania ozdobione mozajką plam barwy wszelakiej. Jego ręka powoli ruszyła w kierunku zawalonego stolika, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby ugasić pragnienie, a z nim palący ból w skroniach. Zamiast tego palce trafiły na coś nieoczekiwanego. Gładka powierzchnia książki. Mężczyzna podniósł ją do oczu. Na białej okładce widniał człowiek, którego twarz wyrażała, że osiągnął w życiu wszystko, czego tylko spróbował. Jego palec celował w patrzącego, a nad jego głową widniał napis: Tobie też, może się udać!

Była to jedna z tych książek motywacyjnych, których teraz wszędzie mnóstwo. Nasz bohater (w tym przypadku to określenie ma jednocześnie wydźwięk komiczny, jak i tragiczny zarazem) dostał ją od przejętego jego losem znajomego. Ponieważ chłopak nie miał nic lepszego do roboty, podniósł okładkę i spojrzał na stronę tytułową, gdzie wielkimi literami napisano hasło wiodące lektury: "żyj tak, abyś się nie wstydził swojego odbicia w lustrze!".

- Jasne... Co za gówno – rzucił górnolotnie mężczyzna, po czym równie górnolotnie postąpił z książką. Powoli podniósł się na nogi i przez chwilę kiwał się w przód i w tył, przypominając sobie zasady ziemskiej grawitacji. Kiedy już był prawie pewny, że się nie przewróci, poszedł do kuchni, w poszukiwaniu czegoś do picia. W korytarzu mijał lustro, a więc, przypomniawszy sobie mądre słowa z książki, przyjrzał się swemu odbiciu.

- No faktycznie, nie ma się czym szczycić – powiedział do siebie, co robił ostatnio dosyć często.
- Ty się nie masz czym szczycić? A co ja mam powiedzieć, hę? - odpowiedziało jego odbicie z marsową miną. Chłopak w pierwszej chwili nie był wcale zdziwiony, jednak tylko przez to, że wieczorne otumanienie alkoholem jeszcze nie w pełni minęło. Jednak w drugiej chwili zdziwił się bardzo.
-No i co się gapisz? Jakby było na co patrzeć. Umyłbyś się chociaż.

Nasz niechluj przyglądając się sobie, pomyślał, że to nie jest taki zły pomysł. Udał się więc do łazienki. Kiedy wyszedł spod prysznica, spojrzał w lustro nad umywalką. Jego odbicie przyjżało mu się krytycznie, po czym rzuciło pod nosem:

- Jeszcze byś się ogolił i zacząłbyś przypominać człowieka. - a chłopak pomyślał, że w sumie, to czemu nie, już i tak zrobił więcej niż zakładał wstając.

Od tamtej pory w jego życiu wiele się zmieniło. Metodą małych kroków doprowadził do stanu używalności najpierw siebie, potem swoje mieszkanie. Znalazł pracę, odświeżył przyjaźnie. I kiedy z jednym z tych starych znajomych siedział sobie w kawiarni, zawiązał się między nimi taki oto dialog.
- Skąd ta zmiana w tobie? Kiedy Aśka cię rzuciła, to wydawało się, że już nic ci nie pomoże.
- Pamiętasz tą książkę, którą mi dałeś? Naprawdę działa, chociaż zinterpretowałem ją trochę na własny sposób – a w myślach dodał: "żyć tak, aby twoje odbicie w lustrze, nie wstydziło się ciebie".

* * *

Przy barze siedziało dwóch mężczyzn w średnim wieku i właśnie dopijali kolejne piwo. W końcu jeden z nich powiedział:
-No, nie powiem, opowiastka w porządku. Nie rozumiem tylko, czemu nie możesz nigdy przy piwku opowiedzieć niczego, nie reklamując przy okazji swojej ksiażki. Weź wyluzuj...

KONIEC

niedziela, 20 lutego 2011

Ulicznego grajka opowieści kilka

Dzisiaj się bawiłem na koncercie, więc wpis znowu przesunięty, ale mimo wszystko udało mi się coś napisać, także miłej lektury.


***

Nie wiem, czy zwracasz czasem uwagę na ulicznych muzyków, których mijasz nieraz, idąc ulicą. Ja przeważnie staram się ich nie zauważać, chociaż raz jeden spotkałem grajka, który utkwił mi w pamięci na długie lata.

Był właśnie deszczowy, jesienny dzień, ludzie z pochylonymi głowami spieszyli każdy w swoim kierunku. Ja, tak jak oni, zmierzałem prawie biegnąc i pewnie nie zwróciłbym na nic uwagi, gdybym nie musiał zawiązać sznurówki. Przykucnąłem w bramie, a wtedy usłyszałem tę dziwną, smutną melodię, która już chyba na zawsze zostanie w mojej pamięci. Podniosłem głowę i przez strugi deszczu zobaczyłem w bramie naprzeciwko faceta około sześćdziesiątki, który oparty o ścianę grał z zamkniętymi oczami na harmonijce. Było w tej piosence coś magnetycznego, co kazało mi wyjść z suchego schronienia i przez mokrą ulicę podejść bliżej.

Kilka długich minut słuchałem, a on nieświadomy mojej obecności grał dalej. W końcu skończył i otworzył oczy. Najpierw spojrzał na ulicę i dopiero po chwili zdał sobie sprawę że go obserwuję.

- O, witam publikę! Chodź, coś zjemy, zgłodniałem od tego grania, a tu niedaleko jest fajna knajpka. - kiedy się odezwał, zdziwił mnie kontrast pomiędzy jego chropawym, brudnym głosem, a łagodną muzyką, którą przed chwilą grał.

Nieznajomy nie mówiąc już nic więcej, ruszył przez strugi deszczu, nie oglądając się za siebie. A ja poszedłem za nim i do dzisiaj się zastanawiam co mną wtedy kierowało.

Szliśmy jakiś czas mokrymi ulicami, aż w końcu mój towarzysz wszedł w drzwi jakiegoś lokalu. Gdy przekroczyłem za nim drzwi, od razu otoczyło mnie ciepło i błogi zapach pieczonego mięsa. Siadł przy stole, ja naprzeciwko niego i chwilę tak siedzieliśmy w milczeniu nie patrząc na siebie.

W końcu grajek zaczął opowiadać mi różne historie, mniej lub bardziej nieprawdopodobne, z nim samym w roli głównej. Wynikało z nich, że przez ostatnie lata zwiedził naprawdę wielki kawałek świata. Ja tylko słuchałem, co jakiś czas zastanawiając się, jakim cudem siedzę w knajpie naprzeciwko tego dziwnego kolesia, którego znałem od kilkunastu minut.

Po barwnym opisie jednej z przygód, mężczyzna zamilkł na długą chwilę i wbił wzrok w zalewane deszczem okno. W końcu powiedział:

-Wiesz, kiedyś byłem muzykiem, takim profesjonalnym. Komponowałem, dawałem koncerty. Byłem zadowolony ze swojego życia. Pewnego dnia przeczytałem w gazecie artykuł o samobójcy, którego znaleziono powieszonego w pokoju, gdzie gramofon odtwarzał jeden z moich utworów. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje dzieła mogą komuś towarzyszyć w takim czynie. A co, jeśli to właśnie moja muzyka podsunęła mu czarne myśli? Od tamtej pory nie mogłem już skomponować nic nowego. To było tak, jakby każda nuta, którą chciałem zapisać, patrzyła na mnie z pytaniem: „na pewno to wszystko dobrze przemyślałeś?”.

Wielu ludzi myśli, że trzeba w życiu być kimś znacznym, móc kreować rzeczywistość. Ja staram się tego unikać. Moim sposobem na życie jest nie robić różnicy, zmieniać jak najmniej. Zacząłem podróżować po świecie, bo bez komponowania nudziło mi się w jednym miejscu. Muzyki nie chciałem porzucać, zresztą z czegoś musiałem żyć. Od tamtej pory jeżdżę z kąta w kąt i gram na ulicach. Staram się nie rzucać w oczy. Ale w tobie zobaczyłem coś, co ja miałem dawno temu, taką iskrę rewolucjonisty. Dlatego wziąłem cię tutaj i opowiedziałem to wszystko. A teraz bywaj, pora na mnie. - i mężczyzna wyszedł, zostawiając mnie z mnóstwem myśli do przetrawienia i z rachunkiem za nas obu do uregulowania.

Kiedy wróciłem do domu, postanowiłem opisać całą tę dziwną sytuację. Jestem dziennikarzem i ta historia pasowała jak ulał do mojej rubryki. Jednak stało się coś dziwnego. Kiedy zacząłem pisać, wydawało mi się, że każda literka, którą stawiam, patrzy na mnie z pytaniem: „na pewno to wszystko dobrze przemyślałeś?”.

KONIEC

wtorek, 15 lutego 2011

W starym kinie

Przepraszam wszystkich za opóźnienie z tym wpisem, nie mam żadnej wymówki, poza kilkudniowym całkowitym zaćmieniem, nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. :) Zadość czynię zamieszczając opowiadanie dzisiaj i mam nadzieję, że w kolejną niedzielę opowiadanie będzie już na czas.
Tymczasem zapraszam do lektury.

***

Dzisiaj wszystkiego jest tyle, że już trudno cieszyć się czymkolwiek. Np. kiedy człowiek idzie do kina, ma do wyboru 10 sali, w każdej inny film, najlepiej jeszcze w 3D. Do tego oczywiście kubeł popcornu i napoju. A same filmy dostarczają tylu wrażeń, że później człowiek jest gotów wskoczyć pod samochód, bo życie się wydaje jakieś takie nudne.

Tak właśnie rozmyślał sobie nasz bohater (na imię mu było Piotrek), kiedy szedł wieczorem ulicą, jak to miał w zwyczaju robić codziennie. Spacerował zawsze tymi samymi alejkami mijając sklepy, restauracje i kina, a jego myśli krążyły wokół różnych trapiących go spraw, zazwyczaj kontestując to z czym mu przychodziło stykać się na co dzień. Szczególnie na mijanych lokalach nie zostawiał suchej nitki.

O, taka na przykład restauracja chińska. Jedzenie niby szybko, niby smaczne... Ale gdzie tutaj radość z posiłku, gdzie święta obiadowa pora, czerwonym tuszem zaznaczona w kalendarzu dnia. Albo tutaj, o, galeria handlowa. Pełna zabieganych ludzi, którzy im mniej mają do kupienia, tym bardziej gorączkowo się krzątają. Byle się tylko nie zatrzymać, bo to grozi chwilą refleksji, a od tego jeszcze głowa może rozboleć. Kinom już się dostało, ale zaraz jest kolejna galeria – sztuki współczesnej... O tym to już w ogóle szkoda gadać.

Od kilku tygodni na jego stałej trasie odbywał się remont jednego z budynków, starego teatru – opuszczonego od lat. Piotrek z niecierpliwością czekał aż zdemontują rusztowania i wreszcie się dowie cóż to takiego będzie. Właśnie na ten dzień zapowiadali koniec budowy, więc chłopak szedł trochę szybciej niż zwykle, gdyż miał nadzieję, że otworzą wreszcie coś, czego nie będzie mógł skrytykować. Albo przynajmniej nie doszczętnie, tylko tak z sympatią, konstruktywnie.

Kiedy w końcu dotarł na miejsce, zdziwił się, bo chociaż rusztowania zdjęto, to jednak budynek teatru wyglądał jak przed remontem, szary, z odpadającym tynkiem. Jedyne co się zmieniło, to napis nad głównym wejściem, wieszczący po prostu – Kino – i pod nim czarny transparent, z białym napisem po francusku. Chłopak nie znał francuskiego, jednak uznał, że to może być coś ciekawego i wszedł do środka.

Tam przywitał go staroświecki hol z czerwonymi dywanami. Przy kasie siedział pomarszczony staruszek, na czole miał zielony daszek, a na nosie okrągłe okulary. Piotrek jakby zmęczony wcześniejszymi rozmyślaniami, teraz całkiem bezrefleksyjnie zapłacił kasjerowi za bilet i poszedł dalej. Gdyby poczekał trochę dłużej, pewnie zdziwiłoby go, że kasjer zamknął drzwi do kina na klucz i ruszył za nim.

Film wyświetlany był w wielkiej sali teatralnej, nad sceną rozwieszono ekran, obok niego stało pianino. Nasz bohater zobaczył, że będzie jedynym widzem i trochę go przytłoczyła pustka w tych wszystkich rzędach krzeseł. Kiedy znalazł sobie miejsce na środku, blisko ekranu, zgasło światło, a gdzieś za nim wystartował projektor, bardzo głośno szumiąc i trzaskając. Do pianina zasiadł staruszek łudząco przypominający kasjera, jednak ubrany we frak, na głowę miał założony cylinder. Zaczął grać skoczną, wesołą melodyjkę, a na ekranie pojawiły się pierwsze obrazy.

Piotrek siedział w zadumie, oglądając stary niemy film, z którego niewiele rozumiał, gdyż dialogi na pojawiających się co jakiś czas planszach z napisami były po francusku. W końcu szum projektora, duchota i ciemność pomieszczenia, a także łagodne dźwięki pianina sprawiły, że usnął.

Obudził się w dużym pokoju, umeblowanym zabytkowymi meblami. W pierwszej chwili pomyślał, że jest już po zmroku, ponieważ wszystko było czarno-białe. Powietrze wypełniała cicha melodia pianina. Wstał i zobaczył przed sobą mężczyznę w mundurze, z monoklem w oku i wypomadowanym wąsem. Ten zaczął do niego mówić, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Nagle, na kilka chwil głowę Piotrka wypełniła czerń, a w niej pojawiły się słowa, niezrozumiałe dla niego, gdyż po francusku. Po paru sekundach chłopak znowu stał w czarno-białym pokoju, oszołomiony tym co się przed chwilą stało. Rozejrzał się dokładnie po pomieszczeniu. Zobaczył, że jedna ze ścian była jakby oknem, za którym rozciągała się wielka sala teatralna. Wszystkie fotele były puste, jedyną osobą był staruszek grający na pianinie, stojącym bardzo blisko okna. Nagle zagrał ostatni akord, gwałtownie go urywając i zrobiło się bardzo cicho. Wstał od instrumentu i spojrzał na Piotrka, a jego starczą twarz powoli wykrzywił złośliwy uśmiech.

I wtedy znowu wszystko objęła ramionami ciemność, a w niej pojawiło się już tylko jedno, ostatnie słowo.

KONIEC

niedziela, 6 lutego 2011

Z sennych przygód Pana Staszka, część druga.

Nazywam się Stanisław i jestem pasterzem snów (jakkolwiek by to nie brzmiało). W pracy miałem kilka krytycznych momentów, które na stałe zapisały się w mojej pamięci. Pierwszym była chwila, w której dowiedziałem się, że jestem, cóż... Martwy. Przynajmniej cieleśnie. Drugim, kiedy po wielu ciężkich snach odkryłem, że bycie pasterzem snów przypomina bardziej czyściec, niż niebo.

Nie zrozumcie mnie źle, nieraz jest naprawdę klawo. Czasami trochę nudno. Na przykład ostatnio trafiłem do snu kibica formuły pierwszej. Już za życia nie widziałem nic fascynującego w oglądaniu wyścigów, a co dopiero śnieniu o nich. Albo sny kobiet, są jeszcze bardziej niezrozumiałe, niż same kobiety.

Moja praca polega na pilnowaniu, aby nikt nie zaczął śnić za bardzo, bo wtedy naprawdę trudno się obudzić. Jak można się domyśleć, takich problemów nie mają ludzie umysłowo stabilni, towarzyszą one raczej tym, którzy już na jawie psychicznie odbiegają od normy. A ich sny bywają bardzo dziwne.

Widzicie, nasze sny, choćby najbardziej pokręcone, nam zdają się być całkiem logiczne. Za to cudze sny, nawet te najzwyczajniejsze, są zawsze przynajmniej trochę niepokojące. Pewnego razu trafiłem do człowieka, który swoje życie na jawie spędzał w zakładzie dla obłąkanych, całkiem zresztą słusznie. Sceneria, którą wyśnił, była po prostu przerażająca. Ciasne korytarze nieskończonego labiryntu, których ściany, sufit i podłoga, pokryte były krwią. Cały czas w powietrzu rozlegały się gorączkowe szepty, czy ciche chichoty. Szedłem przed siebie, w cudzym śnie lepiej nie stać nigdy w miejscu, wtedy dostrzega się wszystkie jego niespójności, a od tego boli głowa. Co jakiś czas mijałem drzwi, wtedy szmery się nasilały, czasem rozlegał się obłąkańczy śmiech.

W końcu dotarłem do jednych, które były otwarte, a za nimi było podejrzanie cicho. Kiedy zajrzałem do środka, ujrzałem w końcu gospodarza tego koszmaru, małego łysego człowieczka, który siedział w kącie pomieszczenia i podejrzliwie na mnie zerkał.

- Nie bój się - powiedziałem - Jestem tutaj, żeby Ci pomóc.
- Być może, ale ja nie jestem tutaj, żebyś mi pomagał - odparł tamten i utkwił wzrok w podłodze, starając się całkowicie mnie ignorować. Wtedy zobaczyłem, że sceneria zamieniła się, stałem teraz na ciemnej łące, oświetlonej światłem gwiazd i księżyca, który miał dwoje wielkich oczu - jednym łypał na mnie, drugim wodził po niebie. Mały człowieczek widząc, że przez chwilę nie zwracam na niego uwagi, zaczął uciekać. Kiedy już miałem ruszyć za nim, ktoś złapał mnie za ramię, pytając:

-Nie chcę być nieuprzejma, ale co pan tu robi?
Odwróciłem się niepewnie i zobaczyłem niską kobietę, z gęstą rudą czupryną. Trochę mnie to przestraszyło. Musicie wiedzieć, że pasterzy widzą tylko gospodarze snu, osoby przez nich wyśnione po prostu nas ignorują. Dlatego w pierwszej chwili pomyślałem, że mam do czynienia z koleżanką po fachu.

- Co ja tu robię? Jestem w pracy, pytanie powinno brzmieć: "co pani robi w moim przydziale?" - kobieta wydawała się być mocno zdziwiona kiedy to powiedziałem.
- W pana przydziale? A kim pan jest? Co do mnie, to próbuję złapać tego małego skurczybyka, znowu ukradł mój wiersz!

Teraz należałoby wspomnieć, że wystrój snu znowu się zmienił. Teraz byliśmy w dużym pokoju jadalnym i siedzieliśmy po dwóch przeciwnych stronach okrągłego stołu, tak że musieliśmy krzyczeć, żeby cokolwiek słyszeć.

-Ukradł wiersz? To faktycznie bardzo nie ładnie z jego strony - powiedziałem niepewnie, bo wciąż nie wiedziałem co się dzieje - Zabrał go pani z biurka? - ponieważ byłem nieco zagubiony, powiedziałem pierwszą lepszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy.
-Z biurka? Nie, jeszcze go nie napisałam. Ale kiedy go pomyślałam, to on bezczelnie podszedł i go wyrecytował, tak jakby to był jego wiersz. A potem czmychnął - kobieta mówiąc to, wstała od stołu i podeszła bliżej mnie. Wtedy dopiero zobaczyłem jak niezwykle jest podobna do małego człowieczka, którego spotkałem na początku. "No pięknie" - pomyślałem, kiedy powoli zacząłem rozumieć sytuację.

Ponieważ miałem już serdecznie dosyć tego dziwnego snu, postanowiłem wybudzić kobietę. Można to zrobić na kilka sposobów, niektóre są bardzo wysublimowane, inne mniej. Ja już straciłem cierpliwość, więc po prostu wyjąłem latarkę, specjalnie przeznaczoną do tego celu i zaświeciłem prosto w oczy temu małemu rudzielcowi. To zawsze sprawia, że ludzie odruchowo zaczynają mrugać, nie tylko we śnie, ale i w rzeczywistości, co zazwyczaj ich budzi. I faktycznie, kobieta już po chwili rozpłynęła się w powietrzu, ale sen nie zniknął razem z nią, co powinien uczynić.

Znowu stałem w ciasnych korytarzach pokrytych krwią. Słysząc te wszystkie szepty i chichoty, zatęskniłem za wielką sypialnią. Szedłem przed siebie, mijając zamknięte drzwi, kiedy nagle zobaczyłem przed sobą człowieka, jednak nie niskiego jak gospodarz snu. Był tak rosły, że głową niemalże haczył o sufit. Miał na sobie szlachecki kontusz, a twarz zdobiły mu krzaczaste wąsy.

- Witaj, bracie Stanisławie! - powiedział tubalnym głosem, aż po korytarzach poszło echo, a szepty na chwilę ucichły, jakby trochę zdziwione.
- Witaj, bracie Janie. Mogę spytać, co ty tutaj robisz?
- Oczywiście. Przyszedłem Cię zastąpić. Przez pomyłkę przydzielili Ci niezłego wariata, zdecydowanie nie dla początkującego pasterza, jak ty.
- Tak, tak, już wszystko sam odkryłem. Rozdwojenie jaźni. Zresztą już jedną obudziłem. - powiedziałem, żeby podkreślić, że wcale nie jestem takim żółtodziobem.
-Oj, to bardzo źle - jęknął Jan - No trudno, jeszcze to spróbuję naprawić. Teraz bywaj - kiedy to mówił, otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Było mi głupio, że coś zrobiłem źle, więc bez słowa opuściłem ten dziwny sen.

KONIEC

5 minut do północy, tym razem zdążyłem na czas :). Mam nadzieję, że Wam się spodoba. I do zobaczenia za tydzień.

niedziela, 30 stycznia 2011

Niedzielnej nocy...

Witam, dzisiejszy wpis nieco się opóźnił i publikuję go dopiero teraz. Formalnie jest już poniedziałek (ledwie), ale myślę, że mi to wybaczycie, moi Drodzy Czytelnicy ;). Nie przedłużając, życzę miłej lektury.

***

Każdy las nocą potrafi przyspieszyć bicie serca. Doskonale wiedziała to kobieta, która biegła między pniami drzew, raz po raz potykając się o wystające korzenie. Poszarpane ubrania ledwie trzymały się na niej, niekiedy jakaś gałązka zaczepiła się o nie, jeszcze pogarszając ich stan. Ciemne, podkrążone oczy wbiła przed siebie, a w jej głowie krążyła tylko jedna myśl - "biec szybciej".

Nagle gdzieś z zarośli dobiegł szelest, głośniejszy od zwykłych leśnych szmerów. Kobieta przystanęła, nerwowo nasłuchując. Oczyma wyobraźni widziała już najmroczniejsze scenariusze tego, co może na nią czyhać tam między drzewami. Wielki, brunatny niedźwiedź, obudzony po zimowym śnie, głodny i zły. Albo wataha wilków, która zwęszyła łatwą ofiarę. Lub najgorszy z nich wszystkich - jeden z tych, przed którymi uciekała. Zakapturzony, w zasadzie niewidoczny w ciemności, powoli napinający cięciwę łuku.

Lecz minęło kilka chwil, a w zaroślach nic się nie poruszyło, ani nie dobiegł jej uszu żaden podejrzany dźwięk. "Więc to był tylko wiatr" - zdawały się mówić jej oczy. Jeszcze chwilę stała łapiąc oddech, po czym pobiegła dalej, już nie zatrzymując się więcej, aż minęła ostatnie z drzew, które przez tę jedną noc zdążyła szczerze znienawidzić.

***

Ale wróćmy jeszcze na chwilę między szare szeregi tego lasu. Zatrzymajmy się w tym miejscu, w którym tak niedawno zatrzymała się nasza bohaterka. Teraz spójrzmy w zarośla, tam skąd dobiegł ten podejrzany szelest. Powoli pierwsze promienie słońca rozpraszają mrok i zaczynamy odróżniać kolejne kształty drzew. Jedno z nich przykuwa naszą uwagę. Kiedy przyjrzymy mu się lepiej, dostrzeżemy, że jest to zdumiewająca, niezwykła postać. Olbrzymi ni to człowiek, ni to troll, który ma czternaście stóp wzrostu, a głowę podłużną i osadzoną niemal bezpośrednio na krzepkim tułowiu. Szczególną uwagę zwracają na siebie jego oczy, głębokie, brązowe, rozświetlone zielonymi cętkami.

- Ech, ci ludzie. Zawsze tacy pochopni - mruknął Drzewiec.

KONIEC

Dzisiaj postanowiłem złożyć mały hołd mistrzowi Tolkienowi :). Opis Drzewca zaczerpnięty oczywiście z Władcy Pierścieni, w tłumaczeniu Skibniewskiej, bardzo swobodnie przytoczony. Tak więc koniec na dzisiaj, dobranoc, następny wpis zapewne dopiero za tydzień.

niedziela, 23 stycznia 2011

Śpij...

Jakoś znowu opowiadanie wyszło mi w sennej tematyce. Może po prostu potrzebuję więcej snu :). Miłej lektury.

* * *

Powroty często bywają trudne. Szczególnie powroty w miejsca znane nam z dzieciństwa. Doskonale wiedział to mężczyzna, który stał na szczycie małego wzgórka, patrząc w dal. Kiedy był dzieckiem często stał w tym miejscu, spoglądając w dół, na spokojną taflę jeziora, prześwitującą między gałęziami niskich drzew. Dalej, za jeziorem stał samotny dom, za nim leżały pola i łąki. Teraz wszystko zasłoniły drzewa.

Wiatr zerwał mu z głowy kaptur, ukazując starczą twarz, starannie ogoloną, pooraną bruzdami zmarszczek. Duży, orli nos stanowił oparcie dla okrągłych okularów, za którymi szkliły się wzruszone oczy. Minęło czterdzieści lat odkąd ostatni raz stał na tym miejscu. Starzec zarzucił na głowę kaptur, poprawił płaszcz chroniąc się przed wiatrem i wszedł między drzewa.

Chwilę później stał przed wysoką bramą, dawniej zawsze zamkniętą, teraz otwartą na oścież. Zardzewiałe zawiasy świadczyły o tym, że nikt nie zamykał jej od bardzo dawna. Za nią między krzakami wiła się wąska ścieżynka, niegdyś dość szeroka, by jechał nią wóz, teraz tak zarośnięta, że starzec z trudem szedł do przodu. Gdzieniegdzie w zaroślach błyskał jakiś metalowy przedmiot, czy butelka, ślady po mieszkających tu dawniej ludziach. Nagle wydało mu się, że słyszy gdzieś w zaroślach śmiech i tupot dziecięcych nóżek. Kiedy się odwrócił w tamtym kierunku nie zobaczył jednak nic. Chociaż spodziewał się tego, jego serce ukuło zimne ostrze zawodu.
- Nie drwij ze mnie, Wietrze – rzucił pod nosem i ruszył dalej.

Ścieżka prowadziła pod ścianę okazałego domu. Zszarzała cegła niemalże całkiem skryła się za liśćmi bluszczu. Starzec wyciągnął spod płaszcza długi nóż i zaczął ciąć pędy, szukając wejścia. W końcu jego oczom ukazały się stare, drewniane drzwi. Nie były zamknięte, wszedł więc bez przeszkód do środka.

Przywitał go półmrok, tak że musiał chwilę stać, zanim jego oczy zaczęły odróżniać kształty. Pomieszczenie było nieduże, podłużne, nisko sklepiony sufit wyglądał jakby mógł runąć w każdej chwili, w jednej ścianie były drzwi, pod druga stały schody. Wszystko w środku pokryte było grubą warstwą kurzu. Powietrze było ciężkie, każdy oddech przychodził trudno, tak jakby niósł ze sobą oprócz tlenu wiele starych wspomnień.

Kiedy już wzrok starca przyzwyczaił się do ciemności, zaczął dostrzegać różne rzeczy, z których każda zawierała kawałek historii. Widział stół i zdawało mu się, jakby jeszcze wczoraj siedział za nim przy posiłku, śmiejąc się głośno z wesołej opowieści. Szafę, w której zawsze schowane były ciastka, przez które tyle razy z niej spadł na ziemię jako dziecko. Kominek, w który tyle razy zapatrzony, po prostu siedział i myślał. Wszystko teraz wydawało się stare, suche i zniszczone jak on sam. Starzec opadł na krzesło i chowając twarz w dłoniach, cicho załkał.

Kiedy już się uspokoił, wytarł rękawem oczy i wszedł schodami na piętro. Stały tam pod ścianami łóżka. Na każdym z nich leżał w ubraniu szkielet człowieka, w sumie pięć ciał.

-Wszyscy już są – wyszeptał mężczyzna i ugięły się pod nim kolana, przez co z trudem ustał. Podszedł po kolei do każdego łóżka i patrzył na kości, które dawniej pokryte ciałem były jego najlepszymi przyjaciółmi.
W końcu stanął nad ostatnim łóżkiem, pustym. Przeznaczonym dla niego. Spoglądał na nie nieufnie, jakby głęboko się zastanawiając.

- Czyli to jest koniec? Już nic więcej mnie nie czeka? - słowa sączyły się wolno z jego ust, jak ostatnie krople wina z butelki.

Westchnął głośno, a błysk w oku świadczył o podjętej decyzji. Położył się na łóżku i chwilę jeszcze wodził wzrokiem po pochyłym sklepieniu, ale w końcu zamknął oczy. Kiedy tylko to zrobił, wydało mu się, że na jego starej dłoni ktoś położył drugą, młodą i ciepłą, a do jego uszu doleciał miękki, dziecięcy głosik.

– Śpij, nie bój się. Nie jesteś sam.

Starzec odetchnął głęboko, już ostatni raz.

* * *

Młody chłopczyk podniósł się z krzykiem z łózka. Dookoła budziły się inne dzieci, patrząc na niego i pytając co się stało.

- Miałem bardzo dziwny sen – powiedział, jego głos zabrzmiał dźwięcznie, dziecięco, a on zdziwił się trochę, jakby spodziewał się usłyszeć coś innego. Jedno z dzieci, dziewczynka, podeszła do niego i złapała go za rękę, swoją młodą, ciepłą dłonią.

– Śpij, nie bój się. Nie jesteś sam - chłopiec z powrotem położył się i zamknął oczy. Nie wiedział tylko dlaczego te słowa ciągle dźwięczały mu w głowie, raz po raz, wzbudzając w nim jakiś dziwny niepokój. Jakby wspomnienie, ale bardzo nie wyraźne.

– Nie bój się. Nie jesteś sam – wyszeptał do siebie i zasnął.

KONIEC

To by było tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że się wam podoba. Zapraszam prawdopodobnie dopiero za tydzień, bo raczej nic w środę nowego nie napiszę, raz, że sesja ciągle w toku, a dwa że w czwartek gramy na Musical Youth 2 :).
I taka moja małą prośba. Widzę, że moi kochani bracia intensywnie reklamują mojego bloga. Stąd ostatnio pojawiła się w mojej głowie myśl, żeby każdy, kto regularnie czyta com napisał, wysłał linka do bloga np. dwóm znajomym. Możecie? Na pewno duża liczba odwiedzin zmotywuje mnie do regularnego pisania jeszcze bardziej.
Tak więc z góry Wam dziękuję (btw. ten zwrot to chyba najpowszechniejsza manipulacja ;) ) i życzę miłego wieczoru.

czwartek, 20 stycznia 2011

Hmm... Środowy? przegląd staroci nr VI

W sesyjnym klimacie zapomniałem wczoraj o blogu. Tak więc dzisiaj to rekompensuję. To już ostatnie opowiadanie ze starego bloga, więc środowe posty na razie chyba pójdą w niebyt, bo dwóch opowiadań tygodniowo nie będę pisał. Niemniej przyjemnej lektury.


 Pociąg relacji Kraków – Kołobrzeg sunął po torach. Otwarte okno na korytarzu powodowało przeciąg. Nieprzyjemny jazgot maszyny jadącej po nierównych torach wbijał się w uszy. Wielokrotnie jechałam tą trasą, z Warszawy do rodzinnego Koszalina, można by powiedzieć, że te podróże już mi spowszedniały. Jednak sytuacja, zmuszająca do siedzenia w bezruchu, wciąż mnie bardzo irytowała. Próbowałam trochę popracować na notebooku, ale gdzieś za stolicą do przedziału obok wsiedli bardzo głośni pasażerowie, skutecznie mnie rozpraszając. Do tego zapomniałam naładować baterię i wysiadła mi gdzieś w okolicach Mławy.

W moim przedziale siedziało jeszcze dwóch młodych chłopaków. Jeden z nich pił piwo, zresztą był już wyraźnie napruty i niepewnie trzymana puszka wypadła mu z ręki. Całe szczęście już większość wypił, ale i tak reszta wylała się na podłogę, rozsiewając po przedziale okropną woń taniego, mocnego browara. Drugi trochę czytał, co chwilę wychodził i przechadzał się po korytarzu. Nawet w końcu chwilę pogadaliśmy. Zresztą trochę dziwny był. Dużo mówił o starej muzyce, literaturze, filmach, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Chyba prowadził zupełnie inny tryb życia niż ja – nie umiał zrozumieć tego jak potrzebuję być w ciągłym ruchu. Praca, zabawa, znajomi – życie! A on uważał, że podróż pociągami jest fajna, bo daje dużo czasu na refleksję. No cóż, są ludzie i ludziska. Obaj wysiedli w Gdańsku.

Jestem już mocno wkurzona, sama w śmierdzącym przedziale, sąsiedzi obok kłócą się o coś zawzięcie, a ja nie mam co ze sobą zrobić. O, Wejherowo, no to git, jeszcze tylko 2 i pół godzinki. Jak ja tego nie znoszę! Nawet nie ma się na co pogapić przez okno, bo same zabite dechami wsie mijamy, wszędzie tak ciemno i ponuro. Godzina 4:32.

Jadę już nie wiadomo który raz tym pociągiem, ale jak zawsze trochę się boję. Bo nie wiadomo co za typy mogą się kręcić po nocnach. Kurcze, co mi tak buczy w uszach? Sąsiedzi z boku nagle umilkli... I pociąg też... Cicho, ale przecież widzę, że jedzie... Może ktoś zamknął okno na korytarzu, kurde, aż sprawdzę.

Wychodzę na korytarz, trochę już przestraszona, okna rzeczywiście wszystkie zamknięte. Zajrzę do sąsiedniego przedziału, może sobie coś zrobili, dlatego są tak cicho. Zaciągnięte zasłonki, zgaszone światło, nic nie widać. OK, wracam do siebie.
Dziwne, zasuwałam drzwi wychodząc? Kurde, kto to wymyślił tak mocno trzymają, w ogóle się nie da otworzyć. No ej, mocniej już nie mogę ciągnąć! I jeszcze te lampy mrugają, co za badziewie. No i super, w końcu się otworzyły, a ja poleciałam jak głupia na ziemię. Dobra, nieważne, wchodzę do przedziału. A to światło miga. Zgasło! K... Nic nie widać! I tak cicho wszędzie. Jedzie jeszcze ten pociąg, czy nie jedzie? Otworzę okno, jak jedzie, to będzie przeciąg. Okno też zacięte? Za Chiny nie otworzę. Dość tego, idę do konduktora. Ałć, walnęłam głową w drzwi! Przecież ich nie zamykałam. O co k... chodzi? Ej, co to za szelest? Jest tu kto? Halo!!!.......

Później mówili, że to jacyś mordercy i zboczeńcy. Ciała dziewczyny nigdy nie odnaleziono. Jaka jest prawda, tego nikt nawet się nie domyślał.
KONIEC

niedziela, 16 stycznia 2011

Sen na jawie

Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię za bardzo śnić. Kiedy sen jest miły, to budzę się przygnębiony, kiedy śnię jakiś koszmar, to budzę się przestraszony i zlany potem. Zdecydowanie najbardziej cenię te noce, kiedy nie śni mi się nic. Moja żona zawsze się temu dziwi, ona uwielbia sny, te co barwniejsze nawet zapisuje sobie w notesiku.

Całkiem niedawno zdarzyła mi się dziwna przygoda, która to moje niecodzienne przekonanie tylko umocniła. Zaczęło się od snu, który już teraz jawi mi się mgliście, ale coś tam jeszcze pamiętam. Stałem na płaskiej równinie, gdziekolwiek nie spojrzałem widziałem tylko białą, migoczącą powierzchnię, aż po horyzont. Może gdzieniegdzie majaczyły jakieś niewyraźne kształty, ale nic takiego, co zapadłoby mi w pamięć. Kiedy tak stałem rozglądając się, usłyszałem za plecami cichy stukot. Był to pierwszy dźwięk, jaki do tej pory usłyszałem.

Odwróciłem się i zobaczyłem eleganckiego mężczyznę, który do mojego snu zawędrował chyba wehikułem czasu Wellsa. Ubrany był w czarny frak, na głowie miał wysoki cylinder, a w oko wetknięty monokl. W ręku trzymał laskę, którą postukiwał co krok, bardziej dla zabawy, niż z konieczności podpierania się. Oczywiście miał elegancko przystrzyżoną kozią bródkę i cienkie wąsy, zakręcone w górę.

Podszedł do mnie z uśmiechem i wtedy zobaczyłem, że laska jest tak naprawdę bardzo cienkim, długim sztyletem (co oczywiście mnie nie zdziwiło, to był w końcu sen). Elegant nie zmieniając wyrazu twarzy płynnym ruchem zatopił mi ostrze pod żebrami, a ja w tym momencie szarpnąłem się i otwierając oczy zobaczyłem, że leżę w swoim łóżku, zlany zimnym potem.

Długą chwilę leżałem patrząc w sufit i łapczywie łapiac powietrze. Nerwowo sięgnąłem ręką do serca, człowiek dobiegając sześćdziesiątki nabywa takich odruchów. Kiedy już się uspokoiłem i usiłowałem spowrotem zasnąć, usłyszałem ciche, choć stanowcze chrząknięcie. Chociaż dobiegało z głębi pomieszczenia, spojrzałem z nadzieją w stronę żony.

- Jestem tutaj – usłyszałem męski głos. Podniosłem się przestraszony (a ręka podniosła się szybko na pierś) i zobaczyłem na fotelu tego eleganckiego jegomościa z mojego snu.

- Widzę, że pan mnie już poznaje. Proszę mi wybaczyć moje nietaktowne zachowanie, ale musiałem pana rychło wybudzić, niestety sztych pod żebro jest w takich chwilach najefektywniejszy – słuchałem tego, nie wiedząc za bardzo co się dzieje. Pomyślałem, że dalej śnię, w końcu tak się zdarza czasem, że śnimy o tym, jak się obudziliśmy. Tymczasem Elegant kontynuował, tak spokojny i pewny siebie, że i mnie się to zaczęło udzielać.

- Nie, proszę pana, już pan nie śpi. Choć, czy można mieć kiedykolwiek pewność. Sen wszak gdy śnimy zdaje nam się tak samo realny, jak jawa po obudzeniu. Może tak zwana rzeczywistość jest jedynie kolejnym snem, z którego nas śmierć wybudzi?

Słuchałem tego wszystkiego, nie rozumiejąc za bardzo o co chodzi. W końcu zdołałem z siebie wydobyć – Kim ty w ogóle jesteś? - jak widać uprzejmość przybysza nie udzielała mi się tak szybko jak jego opanowanie.

- Doskonałe pytanie. Ale co pan przez to rozumie: "kim jestem?". Nazywam się Walerian Brzyski, czy z takiej odpowiedzi jest pan kontent? Domyślam się, że nie i świetnie pana rozumiem, każdy z nas w pańskiej sytuacji odczuwał pewien psychiczny dyskomfort. Wszystko panu wytłumaczę, ale teraz proszę już się ubrać, nie mamy wiele czasu.

Taka odpowiedź z pewnością mnie nie satysfakcjonowała, ale w jakiś sposób wiedziałem, że nie ma się co sprzeczać z nieznajomym... z panem Brzyskim. Zresztą chyba jednak myślałem, że dalej śnię, dlatego już o nic nie pytając wstałem i poszedłem do łazienki. Kiedy się ubierałem, zerkałem w lustro na swoją twarz, która wydała mi się strasznie stara, a przecież nie stuknął mi nawet szósty krzyżyk. Nagle moje wąsy wydały mi się strasznie idiotyczne, w porównaniu z cienkim, zakręconym wąsikiem Eleganta.

Gdy wyszedłem z łazienki, pan Brzyski już na mnie czekał z moim płaszczem, który mi podał, a ja nic nie mówiąc ubrałem się i wyszedłem za nim na klatkę schodową. Przynajmniej taki miałem zamiar, bo gdy przekroczyłem próg, znalazłem się na tej białej, bezkresnej równinie, znanej mi już ze snu. Walerian zamknął drzwi, które powoli się rozpłynęły w powietrzu. No, przynajmniej nie miałem już wątpliwości, że dalej śnię.

- Proszę za mną, za chwilę wszystko panu wyjaśnimy – rzucił Brzyski przez ramię, gdyż jakby nagle zapominając o savoir vivre, ruszył przed siebie, nawet na mnie nie patrząc. Nie widząc innego wyjścia potruchtałem za nim, z głową pełną pytań.

Kiedy tak szliśmy równina powoli przemieniała się w las, jak we śnie, po prostu nagle wszędzie wokół były drzewa. Wciągnąłem w piersi czyste leśne powietrze, gdzieś na gałęzi zaświergotał ptak.

W końcu Walerian się zatrzymał, a ja zobaczyłem polankę i na niej okrągłą altanę. W środku stały kręgiem krzesła, a na każdym siedział mężczyzna. Było to doprawdy kolorowe towarzystwo, niektórzy ubrani byli jak mój towarzysz, na dziewiętnasto-wieczną modłę, inni mieli szlacheckie kontusze z różnych okresów, kilku ubranych było we współczesne garnitury. Kiedy weszliśmy z Brzyskim na altankę, wszyscy wstali, przypatrując mi się w milczeniu. Sam nie wiem kiedy, znalazłem się po środku tego przedziwnego zgromadzenia. Elegant już usiadł na jednym z krzeseł. Czułem na sobie wzrok ich wszystkich, najwidoczniej zebrali się tutaj z mojego powodu. W końcu jeden z nich, w białej todze i z długą siwą brodą, wstał i głośno przemówił.

- Cieszymy się, panie Stanisławie, że w końcu pan do nas dołączył. Na pewno ma pan wiele pytań, teraz wszystko panu wyjaśnimy.

Zaczął opowiadać. Kazał do siebie mówić: "bracie Pitagorasie". Okazało się, że oni wszyscy są członkami zgromadzenia, które sami nazywają "Pasterzami Snów".

- Widzisz, bracie Stanisławie, sen jest czymś więcej, niż się zwykle ludziom wydaje. Na pewno zdarzyło ci się nie raz kiedy zasypiałeś, że wybadzało cię nagłe szarpnięcie nóg, czy rąk. Dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje sen, jako śmierć i tym szarpnięciem stara się obudzić ciało, aby nie umarło. Widzisz, nie myli się tak bardzo.

- Sen, to balansowanie na krawędzi życia i śmierci. Twój umysł wyrywa się z ciała, dusza dąży do swojego świata, gdyż ciąży jej już ciało.

Dowiedziałem się, że gdy duch wyrwie się z ciała zanim ono umrze, człowiek wpada w śpiączkę. Czasem udaje się znaleźć taką zagubioną duszę i zaprowadzić ją spowrotem, jednak lepiej zapobiegać niż potem interweniować.

- To jest właśnie nasza rola, pilnowanie, aby nikt nie wyrwał się za wcześnie. Zostałeś, bracie Stanisławie wybrany na jednego z nas.

- Ale dlaczego, przecież ja nawet nie lubię snów?

- Właśnie dlatego, dzięki temu zachowasz właściwy dystans.

Właśnie tak zostałem pasterzem snów. W sumie robota, jak każda inna. Trzeba trochę się nauczyć, potem można się też wykazać własną inwencją. Teraz jednak każdy sen jest dla mnie strasznie męczący, w końcu praca, to praca. Widzicie, nie mam powodu, żeby bardziej polubić sny

* * *

Kiedy nastał ranek, pani Danusia, żona pana Stanisława wstała i zaczęła poranne krzątanie. Po jakimś czasie zdziwiło ją, że mąż dalej leży w łózku, przecież zawsze lubił wcześnie zaczynać dzień. Kiedy nie mogła go dobudzić, przestraszyła się i zadzwoniła po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon, jednak nie potrafił podać przyczyny. Zastanowiła go tylko cieniutka blizna pod żebrami, wydawała się być jednocześnie bardzo stara i bardzo świeża.

KONIEC

Ta wizja świata w opowiadaniu tak mi się wydała pokrewna greckim dualistom, że aż tam Pitagorasa wrzuciłem. Podobało się? Nie wiem jeszcze na pewno, ale może będę kontynuował ten wątek, wszak mam duże pole do popisu. Tymczasem, na razie :)

środa, 12 stycznia 2011

Środowy przegląd staroci V

Opowiadania ze starego blogu już na wyczerpaniu, niedługo będę musiał pomyśleć co zrobić z tą środą. A na razie opowiadanie "Obserwator", trochę moralizujące, ale co tam, miło się czyta :)


Statek "Obserwator 1" dumnie wpłynął na orbitę. Jego dowodzący w zamyśleniu spoglądał na świat rozpościerający się przed nim. A raczej nie "spoglądał", zmysł wzroku nie był mu znany. Narządy na przedzie tego, co z braku lepszego określenia nazwiemy "głową", odbierały sobie tylko znane sygnały, których żaden mózg na ziemi nie byłby w stanie zinterpretować.

"Przekażę wam wszystko, co zdołałem ustalić nt. tej niezwykłej planety, o Przełożeni." - w jakiś sposób porozumiewał się z inną istotą swego gatunku, oddaloną o miliony lat świetlnych. - "Planeta nie spełnia wszystkich wymagań, ale jest zadowalająca. W atmosferze znajduje się bardzo dużo azotu, co umożliwiłoby bytom kreującym na stworzenie obszarów zamkniętych wypełnionych zdatnym do oddychania, bogatym w siarkę i dwutlenek węgla powietrzem. Gleba obfituje w surowce, na biegunach pokrywy lodowe nadają się bardzo dobrze na założenie plantacji. Z tego punktu widzenia nie można nic zarzucić planecie, którą jedyny zamieszkujący ją, posiadający mowę gatunek, nazywa "Ziemią". Ponadto, z jakiegoś powodu, praktycznie całe życie na tej planecie oddycha tlenem i wykonuje różne inne, niewyobrażalne czynności, a więc gdybyśmy zdecydowali się skolonizować część planety, nie musielibyśmy wchodzić w konflikt z miejscową florą i fauną."

Zasępił się bardzo. - "Cóż to wszystko znaczy wobec jednego czynnika. Gdybyśmy zdecydowali się zakładać kolonię, prędzej, czy później doszłoby do konfrontacji z gatunkiem mówiącym, zwącym siebie "ludzie". Poznałem ich i myślę, że nie byłoby dobrze gdyby tak się stało. Ludzie to dziwny, przerażający i okropny gatunek. Uważają się za wyższych, lepszych od innych istot na Ziemi. W końcu są jej panami, wynaleźli wiele zaskakujących wynalazków (np. ta ich cała "elektryczność", coś niesamowitego).


Ale naukowcy to zaledwie ułamek procenta ludzkości. Większa część reszty z nich jedynie bezmyślnie korzysta z efektów pracy wynalazców, a ich życie w niczym nie jest wyższe od stworzeń mniej rozwiniętych. Ogranicza się do odżywiania, kopulowania, spania. Oczywiście w pierwszym momencie wydaje się, że wykonują dużo więcej ważnych czynności. Np. pewne ustosunkowanie społeczne nakazuje im część dnia poświęcać na tzw. "pracę", za co otrzymują wynagrodzenie w postaci "pieniędzy". To jeden z tych ich dziwnych wynalazków, chyba najbardziej odrażający. Polega on na pewnego rodzaju systemie wymiany, ale trzeba by tłumaczyć bardzo długo.

Jednak system ten uzależnia całkowicie funkcjonowanie każdego społeczeństwa i jednostki. Ilość tych "pieniędzy", zapewnia wyższy status społeczny, co w zasadzie sprowadza się jedynie do lepszego gatunkowo jedzenia i innego rodzaju kopulacji (w zasadzie nie dążącego do rozmnożenia), oraz bardziej komfortowego snu. Mimo tego, prawie każdy człowiek pragnie posiadać tych pieniędzy jak najwięcej. Jest to uproszczony system, jednak oddaje w dużej mierze funkcjonowanie tego dziwnego gatunku. Dla zdobywania tych "pieniędzy" dokonują czynów agresywnych i destrukcyjnych. Nieliczni, którzy głoszą co innego, przeważnie są uznawani za najbardziej pazernych i pozostali żywią wobec nich negatywne emocje (tak działa ten dziwny, przewrotny system). Ja osobiście boję się, że dłuższe przebywanie w towarzystwie tych istot mogłoby doprowadzić do rozprzestrzenienia się tej choroby wśród nas, co z pewnością doprowadziłoby do zagłady gatunku."

Istota skończyła przekaz, po czym statek odleciał z orbity. W tym czasie ludzkość na ziemi toczyła swoje życie.

KONIEC

PS. Jak ktoś ma ochotę, to dodałem subskrypcję po prawej stronie, może Wam będzie wygodniej :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Jak liść na wietrze.

Dzisiaj trochę o zimie, ale z przebijającą się tęsknotą za wiosną :). Życzę miłej lektury.

*****

Wyobraźmy sobie liść na wietrze. Targany raz w jedną, raz w drugą stronę zdaje się zmierzać bez określonego kierunku. Tak naprawdę zawsze ma jeden cel – spada w dół. Wydaje się, że nie ma nic zaskakującego w takim listku, potrafi on jednak człowieka wpędzić w niemałą konsternację. Tak właśnie było ze mną.

Szedłem razu pewnego chodnikiem, nie myśląć o niczym szczególnym. Może poza jednym – żeby było cieplej. Wszędzie gdzie padł mój wzrok, leżały wielkie zaspy śniegu. Mróz był tak przenikliwy, że idąc czułem, jak trzeszczą mi stawy. Nie chciałem się zatrzymywać, bojąc się, że nogi nie ruszął już drugi raz. Wzrok miałem wbity w ziemię, bo pod warstwą śniegu leżał lód i nie chciałem się przewrócić. Pewnie dlatego nie zobaczyłem jak mały, zielony listek porywany podmuchami wiatru pędził w powietrzu wte i we wte. Przypadek zarządził, ze jeden z podmuchów skierował go wprost we mnie. Zdumiony zatrzymałem się i spojrzałem na tą niepozorną plamkę zieleni, wyraźnie odcinającą się od białego śniegu. Trochę wbrew sobie sięgnąłem w dół i bojąc się, że go uszkodzę, zdjąłem rękawiczkę. Mróz bardzo szybko, wręcz łapczywie złapał mnie za odsłoniętą dłoń, jednak ja, lekceważąc to, podniosłem liść i zdumiony długą chwilę go oglądałem z każdej strony. Wyglądał tak, jakby jeszcze przed chwilą wyrastał z żywej roślinki. W tym mrozie?

Spojrzałem w górę. Nade mną rozciągały się konary starego drzewa, oczywiście szare i nagie. Skąd wziął się liść? Rozglądałem się wokół tak zdumiony, że przez chwilę w ogóle nie czułem zimna. Nagle zobaczyłem, że pośrodku pnia tego starego, suchego drzewa wyrasta mała gałązka, z kilkoma zielonymi listkami. Silny podmuch wiatru porwał kilka z nich, jednocześnie wyrywając mnie z zadumy. Niewiele myśląc podszedłem i oderwałem gałązkę, przekonany, że w domu zapewnię jej lepsze warunki, niż miała na mrozie. Potem ruszyłem do domu, myśląc już tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych czterech ścianach.

Minęło kilka dni, zapewniłem gałązce najlepsze warunki jakie potrafiłem, a ta wydawała się spokojnie rosnąć. Po jakimś czasie przestałem na nią zwracać uwagę, po prostu stała się ozdóbką w kącie pokoju. Mijał czas, a ja żyłem sobie własnym życiem. Z codziennej rutyny wyrwała mnie choroba, która zatrzymała mnie na dłużej w domu. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo gałązka się rozrosła. W zasadzie zasługiwała już na miano małego drzewka. Dodało mi to trochę otuchy.

Choroba, która mnie dopadła była bardzo dziwna. Nie objawiała się ani katarem, ani gorączką, było mi po prostu bardzo, bardzo słabo. I to dosłownie, tak jakbym codziennie tracił po trochu siłę do życia. Przedmioty wypadały mi z rąk, w nocy spałem coraz dłużej, coraz ciężej było mi się podnieść z łóżka. Nie miałem siły, żeby wybrać się do lekarza, więc starałem się wykurować domowymi metodami. Roślinka za to rozwijała się coraz bardziej. W zasadzie tak dobrze, że zacząłem się zastanawiać jak to możliwe.

Pewnego dnia z trudem zwlokłem się z łóżka i jakoś odruchowo skierowałem kroki w stronę drzewka, żeby je podlać, tak jak już miałem w zwyczaju robić to codziennie. Widok roślinki mnie zamurował. Na jednej z gałązek rozkwitał sobie pąk kwiata. Z niedowierzaniem spoglądałem raz za okno gdzie akurat padał śnieg, znowu na gałązkę, która wydawała się czuć w iście wiosennym nastroju.

Nagle pąk zaczął się rozwijać. A ja poczułem jak resztka sił, jakie mi zostały, ucieka. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, zrozumiałem nagle, skąd roślinka czerpie swoje soki. Przecież zachorowałem w czasie gdy wziąłem gałązkę do domu. I im bardziej ona rosła, tym ja robiłem się słabszy. Przypomniałem sobie, że gdy odrywałem ją od drzewa, kora wokół niej wydawała się być starsza i ciemniejsza, niż gdzie indziej.

Podjąłem decyzję. Chwyciłem drzewko i resztką sił zaniosłem do kominka, w którym zostało jeszcze trochę rozżażonych drew z poprzedniego wieczora. Rzuciłem je do środka i zacząłem rozdmuchiwać żar, tak długo, aż drzewko się zapaliło. Wycieńczony padłem na podłogę i straciłem przytomność.

Kiedy się ocknąłem, resztki drzewka właśnie dogorywały w kominku. Podniosłem się, czując jak odzyskuję siły. Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć. Przygarnąłem jakiegoś przedziwnego drzewnego wampira. No cóż, nie należy wyprzedzać świata. Trzeba się pogodzić z tym, że do wiosny zostało jeszcze kilka miesięcy. Spojrzałem za okno, gdzie wirowało tysiące płatków śniegu. Zarazem tak podobnych i niepodobnych do liści na wietrze.

"Też są piękne" – pomyślałem.

KONIEC

środa, 5 stycznia 2011

Wielkie miasta cz. 2

Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj druga część opowiadania zamieszczonego w niedzielę :)

* * *

Otworzyłem oczy. Leżałem na swoim łóżku, w wysokim apartamencie. W mojej głowie pojawiła się myśl – „to był tylko koszmar” - jednak nie wierzyłem, że sen może być tak rzeczywisty. Sięgnąłem palcem do ust i wyjąłem z nich muchę. Stanowczo zbyt realistyczne. Z trudem podniosłem się z łóżka, w uszach mi szumiało, tak jak wtedy, gdy otaczający nas hałas nagle ucichnie. Na ścianie nie było żadnego śladu po tamtych drzwiach. Poszedłem do łazienki, gdzie na wieszaku wisiał suchy ręcznik. Wróciłem do pokoju, w którym było dość ciemno z powodu gęstych chmur widocznych za oknami. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się w stronę sieni. Zbiegłem po schodach i otworzyłem wielkie drzwi wejściowe. Na zewnątrz zobaczyłem sad, ginący w gęstej mgle, tak, że nie widziałem dalej niż na dziesięć metrów. Ruszyłem przed siebie, nie oglądając się, prawie biegnąc między drzewami, na których nie widziałem żadnych ptaków. Zatrzymałem się przed bramą. Była zamknięta, jednak ja nie zwróciłem na to uwagi, zajęty oglądaniem widoku rozpościerającego się za nią. Nie dostrzegłem ulicy, budynków po jej drugiej stronie, neonów. Od bramy biegła na wprost kamienista droga, ginąc we mgle. Nagły przebłysk słońca odsłonił przede mną rozległą, cichą dolinę. Odwróciłem się, patrząc na dom. Dalej sprawiał wrażenie przygnębionego. Zdawało mi się, że kątem oka ujrzałem w oknie ciemną sylwetkę człowieka, jednak kiedy skierowałem tam wzrok, nic nie ujrzałem. Zaczęło kropić, więc zrezygnowany skierowałem się z powrotem do środka.

* * *

W sieni przywitał mnie blask świec wielkich kandelabrów zawieszonych na suficie. Tym razem postanowiłem zobaczyć, co znajdę na parterze. Podszedłem do drzwi obok schodów i pociągnąłem za klamkę, jednak były zamknięte. Zwróciłem się do kolejnych i te ustąpiły. Zobaczyłem podłużne pomieszczenie, którego środek wypełniał stół. Przeszedł mnie skurcz, a zimny pot zlał mi plecy. Wbrew sobie postanowiłem jednak wejść do środka, ponieważ stół był pusty, a pokój cichy.
Poraziła mnie sucha biel ścian i stołu. Dookoła walały się połamane krzesła, również niezwykle białe. Zrobiłem krok na przód i sięgnąłem za siebie, nie oglądając się. Drzwi dalej tam były. Zrobiłem jeszcze kilka kroków przed siebie, zwróciłem uwagę na białe krokwie podtrzymujące sufit, których poprzednio nie zauważyłem. Nic się dalej nie zmieniało, wciąż ten sam stół, potrzaskane krzesła, białe ściany i sufit. Powoli się wycofałem i wyszedłem z pokoju.
Początkowo poraziło mnie światło, dopiero po chwili zobaczyłem, że nie trafiłem z powrotem do sieni. Pomieszczenie w którym się znalazłem miało białe, obłe ściany spotykające się nade mną w formie kopuły. Przez dwie okrągłe dziury wlewało się do wewnątrz światło. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie stoję w pomieszczeniu, że dwa otwory na sklepieniu są tak naprawdę oczodołami wielkiej, przerażającej czaszki, że stół za moimi plecami jest kręgosłupem, a krokwie są żebrami jakiegoś niepojętego, gigantycznego kościotrupa, w którego zmienił się Dom. To było za wiele dla mnie i straciłem przytomność.



* * *

Kiedy wróciły mi zmysły, leżałem na łóżku w swojej sypialni. Spodziewałem się tego więc wstałem bez zdziwienia, zastanawiając się czym jeszcze zaskoczy mnie Dom. Rozejrzałem się i wszelkie myśli uleciały mi z głowy, ustępując miejsca strachowi. Otaczała mnie pustynia szarego prochu, pojąłem nagle, że nie leżę na łóżku, lecz na wydmie. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem tylko szary, ponury pył. Kompletnie mnie to wybiło z równowagi, stałem tylko i bezmyślnie rozglądałem się wokół. Zamrugałem parę razy, ale wciąż widziałem tylko szarość i bezruch. Stałem tak i już nawet strach uleciał z mojej głowy, opanowała ją ta dusząca martwota.
I w jednej chwili wszystko wokół ogarnęła ciemność, a ja leżałem nieruchomo. Powoli zaczynałem rozumieć co się dzieje wokół mnie. „Kto się boi duchów, boi się samego siebie”. Skąd pojawiła się ta myśl? Chyba ktoś mi to kiedyś powiedział i teraz przypomniałem sobie te słowa. I zrozumiałem już wszystko. Martwe ciało trawi robactwo, i mięso odsłania kości, a i one rozsypują się w proch. Dom był martwy, od początku próbował mi to przekazać, jego epoka minęła. Moja epoka... Zamknąłem oczy, a może już miałem je zamknięte, nie sposób to było rozróżnić w tej ciemności.
Znów usłyszałem tę piękną muzykę, która rozległa się kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg Domu. Już nic jej nie zakłócało, ani nie przerywało. I razem z nią uniosłem się, zostawiając ciało za sobą, razem z nim zostawiając Wielkie Miasta z ich neonami, ruchliwymi ulicami, pijakami leżącymi w śmierdzących bramach, hałaśliwymi nocnymi klubami... Nareszcie odpocznę...

KONIEC

niedziela, 2 stycznia 2011

Wielkie miasta

Cierpię na chwilowy poświąteczny brak pomysłów, więc dzisiaj będzie 1 część opowiadania, które napisałem już dawno temu, a ponieważ jest dłuższe niż zwykle, to rozdzielę je na 2 odcinki, w środę będzie 2 część :). Miłego czytania. 

*****

Dawniej uważano, że północ jest godziną duchów. Kiedy ludzie śpią, wszystko się może zdarzyć, kiedy wkraczają w krainę snów, to ona właśnie staje się realna, a świat rzeczywisty traci znaczenie. Jednak tak było dawniej. Człowiek w swym rozumie wynalazł Wielkie Miasta. A one nigdy nie śpią, pozbawiają ludzi snów, północ nie jest już dawną północą, jest tylko godziną zero, pomiędzy pierwszą, a jedenastą. Wielkie Miasta chcąc być jeszcze większymi pożerają wszystko wokół, a najbardziej smakuje im wyobraźnia...

To właśnie czułem krocząc ulicami kolejnego z nich. Dzień mimo nocy, to właśnie stało się główną ich cechą. Pamiętając czasy, kiedy to księżyc oświetlał mnie w ciemności, szedłem w blasku reklamy, kolejnego absurdalnego wymysłu człowieka. To sztuczne, halogenowe światło sprawiło, że nawet cienie straciły swą dawną głębię, stały się tylko mniej oświetlonym fragmentem przestrzeni. Myślałem, że ta aglomeracja niczym mnie nie zadziwi, że mam przed sobą kolejne, bliźniaczo podobne do pozostałych miasto. Jakie było moje zdumienie, gdy idąc wciąż przed siebie, po lewej ręce mając miejską arterię, po prawej ujrzałem zwykły mur. Bez reklamy i bez rysunków podwórkowych artystów. Zwykły mur z czerwonej cegły, sczerniały od wieku i cienia. Mur ten dzieliła na dwie równe części zardzewiała brama, za którą rozciągał się mały, ciemny park. Pomiędzy drzewami prześwitywał dach domu, domu z niemymi oknami, z tajemniczą aurą. O, jakim ukojeniem dla duszy było dla mnie spojrzenie w twarz domu z tajemnicą!

Czułem jak światła miasta mnie osłabiają, więc podszedłem do bramy, aby szukać schronienia za murem. Dotknąłem prętów bramy mając nadzieję, że sama się otworzy. Nic takiego niestety się nie stało. Zamiast tego zobaczyłem, że drzwi domu się otwierają i wychodzi z niego przygarbiona postać. Gdy się zbliżyła, mogłem zobaczyć, że jest to starzec, ze starannie przystrzyżoną, siwą brodą, w bardzo starym fraku. Podszedł do bramy i bez słowa ją otworzył, gestem zapraszając do środka. Przekroczyłem granicę między Wielkim Miastem, a tym tajemniczym miejscem, czując na ciele ulgę oplatającego mnie cienia. Mur był dość wysoki, żeby skryć mnie przed światłami reklam, oparłem się o niego i w ciszy delektując ciemność, czułem jak powracają mi siły. Starzec skiną na mnie głową i poszedł w stronę drzwi domu. Ruszyłem za nim, między drzewami. Na niektórych gałęziach widziałem czarne sylwetki kruków i wron, które wbrew prawom natury stały nieruchomo, patrząc na mnie w ciszy. Zastanowiła mnie ta cisza, ogarniająca całą przestrzeń między murem a domem. Nie docierały tu charakterystyczne dla miasta hałasy samochodów i ludzi. Ale nie martwiło mnie to, kontent byłem tej kojącej zmysły pustki w uszach.

Zbliżając się do domu, ogarniając wzrokiem jego gmach, stopniowo zdawałem sobie sprawę ze zdumiewającej tęsknoty i smutku bijącego od zimnych, ceglanych ścian. W mieście, w którym nie wolno być smutnym, taki widok nie był naturalny. Gdy starzec dotarł do drzwi, zatrzymał się, żeby mnie przepuścić do środka, ale ja byłem coraz mniej pewny tego co robię. Odwróciłem się i spojrzałem w stronę miasta, w jasną przestrzeń wypełniającą otwór bramy. Wtedy usłyszałem pierwszy dźwięk, od kiedy przekroczyłem bramę. Przeciągłe, jakby ostrzegające krakanie. Nie dostrzegłem żadnego ruchu między gałęziami, jednak ten dźwięk był dość wymowny żebym odwrócił się twarzą do drzwi domu i przekroczył próg.

* * *

Znaczenie słowa sień straciło w Wielkich Miastach znaczenie. W nich nie ma miejsca na sień, są tylko przedpokoje. Ale ten tajemniczy Dom nie należał do Wielkich Miast. Mogłem to z całą pewnością stwierdzić po tym, że przekraczając próg znalazłem się w przestronnej sieni. Oddając płaszcz w ręce lokaja usłyszałem dźwięki muzyki. Była tak piękna, że od razu chwyciła mnie za serce. Jednak nie dane było mi słyszeć więcej z tej niebiańskiej melodii, gdyż starzec na widok mojego wzruszenia zakasłał i melodia ucichła. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, jakby dom posmutniał wraz ze mną, gdy dźwięki zamilkły. Tak jakby cienie się pogłębiły, a światło zbladło.

Szybko odrzuciłem te myśli, gdyż przejmowały mnie one niepokojem. Zamiast tego ruszyłem za starcem, który poprowadził mnie schodami do pokojów gościnnych. Wydało mi się dziwne, że lokaj o nic mnie nie pyta, ale wiedziałem, że tym bardziej nie odpowie na pytanie. Stary człowiek zatrzymał się w końcu przy podwójnych drzwiach na końcu korytarza na piętrze. Wielkim, mosiężnym kluczem otworzył jedno skrzydło i wszedł do środka, a ja zaraz za nim. Znalazłem się w dużym apartamencie. Pomieszczenie było gdzieś na trzy metry szerokie i cztery metry długie, po obu stronach pokoju znajdowały się jeszcze drzwi. Za jednymi z nich znalazłem staroświecką łazienkę, drugie jednak były zamknięte. Niezrażony tym, gdyż miejsca i tak miałem bardzo dużo, podszedłem do wielkiego okna, zajmującego prawie całą jedną ścianę, wysokiego po sufit. Widziałem przez nie ciemne sylwetki drzew, a za nimi zarys muru. Znużony skierowałem się w stronę łoża i niezwłocznie zasnąłem, nie mając żadnych snów.

* * *

Obudziłem się rankiem. Jednak w pokoju panował półmrok, jakby wciąż jeszcze nie skończyła się noc. Spojrzałem za okno i ujrzałem na niebie czarne, gęste chmury, zwiastujące burzę. Gęsta mgła ograniczała widnokrąg, ogród pławił się w niej i nie mogłem dojrzeć nawet muru. Po odświeżeniu się w łazience i ubraniu w czyste i świeżo wyprasowane ubranie leżące na krześle obok łóżka (pasujące na mnie idealnie), wyszedłem na korytarz, zostawiając niezaścielone łóżko. Był długi i wąski, a jedyne oświetlenie stanowiła lampa naftowa, wisząca obok drzwi mojego pokoju. Zdjąłem ją z haka i poszedłem przed siebie. Po obu stronach mijałem drzwi, ale instynktownie czułem, że są zamknięte. Po dziesięciu krokach światło lampy nie sięgało już początku korytarza, tak że za sobą i przed sobą widziałem, jak tonie on w mroku. W pewnym momencie po stronie mojej lewej ręki światło lampy nie natrafiło na ścianę i rozproszyło się, ukazując pierwsze stopnie schodów. Za chwilę zobaczyłem całą sień, przygnębiająco szarą i ciemną w nikłym świetle dobywającym się zza okien. Nie zobaczyłem nikogo, więc ruszyłem korytarzem dalej przed siebie.

Ta część korytarza była identyczna z pierwszą. Doszedłem do jej końca, gdzie natrafiłem na takie same dwuskrzydłowe drzwi, jak te do mojego pokoju. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Ujrzałem duży apartament, bardzo podobny do mojego. Zobaczyłem niepościelone łóżko. Wszedłem do łazienki, gdzie znalazłem wciąż wilgotny ręcznik, powieszony na brzegu wanny, tak jak od dawna zwykłem robić. Wyszedłem z łazienki do pokoju, najwidoczniej zamieszkanego przeze mnie. Wiedziony nagłym impulsem podszedłem do drzwi, które uprzednio zastałem zamknięte. Otworzyły się z cichym skrzypieniem, ukazując schody biegnące do dołu, ginące w półmroku. Dobiegał stamtąd cichy szmer, jakby brzęczenie, który odebrałem jako gwar ludzkich głosów. Poszedłem więc w dół, ponieważ powoli zaczynał mi doskwierać brak towarzystwa. Doliczyłem się dwudziestu trzech schodów, po których korytarz biegł dalej prosto. Brzęczenie nieco się nasiliło, ruszyłem więc dalej, unosząc lampę, żeby lepiej widzieć co znajduje się przede mną. W miarę jak szedłem gwar się nasilał. Korytarz kończył się na niedomkniętych drzwiach, zza których dobiegały przytłumione odgłosy ucztujących ludzi. Pociągnąłem klamkę i wszedłem do środka.

Znalazłem się w wielkim, podłużnym pomieszczeniu, którego środek wypełniał szeroki drewniany stół. Leżały na nim wielkie sterty rozkładającego się jedzenia wszelkiej maści, od którego smrodu zakręciło mi się w głowie. Krzesła dookoła stołu stały puste, jednak słyszany przeze mnie wcześniej gwar wcale nie ucichł, przeciwnie, przybrał nawet na sile. Uniosłem lampę i spojrzałem do góry. Pod sufitem kłębiły się wielkie chmary much. Gwar zamienił się w ich brzęczenie, a może zawsze nim był, wypełniając moją głowę nieznośnym hałasem. Odwróciłem się i chciałem wyjść, ale za mną nie było już drzwi, jedynie lita ściana. Pragnąc uciec muchom pobiegłem przed siebie, a dookoła mnie kłębiło się coraz więcej owadów, brzęcząc okropnie. Wpadały mi do oczu, do nosa, wciskały się do ust. Próbując je odpędzić przez przypadek wypuściłem lampę, która stłukła się i gasnąc, zostawiła mnie w ciemności, a chmara much wdarła się do mojego gardła, wypełniając moje wnętrze, tak, że nie było już mnie, tylko mrok wypełniony tym okropnym brzęczeniem.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ