niedziela, 30 stycznia 2011

Niedzielnej nocy...

Witam, dzisiejszy wpis nieco się opóźnił i publikuję go dopiero teraz. Formalnie jest już poniedziałek (ledwie), ale myślę, że mi to wybaczycie, moi Drodzy Czytelnicy ;). Nie przedłużając, życzę miłej lektury.

***

Każdy las nocą potrafi przyspieszyć bicie serca. Doskonale wiedziała to kobieta, która biegła między pniami drzew, raz po raz potykając się o wystające korzenie. Poszarpane ubrania ledwie trzymały się na niej, niekiedy jakaś gałązka zaczepiła się o nie, jeszcze pogarszając ich stan. Ciemne, podkrążone oczy wbiła przed siebie, a w jej głowie krążyła tylko jedna myśl - "biec szybciej".

Nagle gdzieś z zarośli dobiegł szelest, głośniejszy od zwykłych leśnych szmerów. Kobieta przystanęła, nerwowo nasłuchując. Oczyma wyobraźni widziała już najmroczniejsze scenariusze tego, co może na nią czyhać tam między drzewami. Wielki, brunatny niedźwiedź, obudzony po zimowym śnie, głodny i zły. Albo wataha wilków, która zwęszyła łatwą ofiarę. Lub najgorszy z nich wszystkich - jeden z tych, przed którymi uciekała. Zakapturzony, w zasadzie niewidoczny w ciemności, powoli napinający cięciwę łuku.

Lecz minęło kilka chwil, a w zaroślach nic się nie poruszyło, ani nie dobiegł jej uszu żaden podejrzany dźwięk. "Więc to był tylko wiatr" - zdawały się mówić jej oczy. Jeszcze chwilę stała łapiąc oddech, po czym pobiegła dalej, już nie zatrzymując się więcej, aż minęła ostatnie z drzew, które przez tę jedną noc zdążyła szczerze znienawidzić.

***

Ale wróćmy jeszcze na chwilę między szare szeregi tego lasu. Zatrzymajmy się w tym miejscu, w którym tak niedawno zatrzymała się nasza bohaterka. Teraz spójrzmy w zarośla, tam skąd dobiegł ten podejrzany szelest. Powoli pierwsze promienie słońca rozpraszają mrok i zaczynamy odróżniać kolejne kształty drzew. Jedno z nich przykuwa naszą uwagę. Kiedy przyjrzymy mu się lepiej, dostrzeżemy, że jest to zdumiewająca, niezwykła postać. Olbrzymi ni to człowiek, ni to troll, który ma czternaście stóp wzrostu, a głowę podłużną i osadzoną niemal bezpośrednio na krzepkim tułowiu. Szczególną uwagę zwracają na siebie jego oczy, głębokie, brązowe, rozświetlone zielonymi cętkami.

- Ech, ci ludzie. Zawsze tacy pochopni - mruknął Drzewiec.

KONIEC

Dzisiaj postanowiłem złożyć mały hołd mistrzowi Tolkienowi :). Opis Drzewca zaczerpnięty oczywiście z Władcy Pierścieni, w tłumaczeniu Skibniewskiej, bardzo swobodnie przytoczony. Tak więc koniec na dzisiaj, dobranoc, następny wpis zapewne dopiero za tydzień.

niedziela, 23 stycznia 2011

Śpij...

Jakoś znowu opowiadanie wyszło mi w sennej tematyce. Może po prostu potrzebuję więcej snu :). Miłej lektury.

* * *

Powroty często bywają trudne. Szczególnie powroty w miejsca znane nam z dzieciństwa. Doskonale wiedział to mężczyzna, który stał na szczycie małego wzgórka, patrząc w dal. Kiedy był dzieckiem często stał w tym miejscu, spoglądając w dół, na spokojną taflę jeziora, prześwitującą między gałęziami niskich drzew. Dalej, za jeziorem stał samotny dom, za nim leżały pola i łąki. Teraz wszystko zasłoniły drzewa.

Wiatr zerwał mu z głowy kaptur, ukazując starczą twarz, starannie ogoloną, pooraną bruzdami zmarszczek. Duży, orli nos stanowił oparcie dla okrągłych okularów, za którymi szkliły się wzruszone oczy. Minęło czterdzieści lat odkąd ostatni raz stał na tym miejscu. Starzec zarzucił na głowę kaptur, poprawił płaszcz chroniąc się przed wiatrem i wszedł między drzewa.

Chwilę później stał przed wysoką bramą, dawniej zawsze zamkniętą, teraz otwartą na oścież. Zardzewiałe zawiasy świadczyły o tym, że nikt nie zamykał jej od bardzo dawna. Za nią między krzakami wiła się wąska ścieżynka, niegdyś dość szeroka, by jechał nią wóz, teraz tak zarośnięta, że starzec z trudem szedł do przodu. Gdzieniegdzie w zaroślach błyskał jakiś metalowy przedmiot, czy butelka, ślady po mieszkających tu dawniej ludziach. Nagle wydało mu się, że słyszy gdzieś w zaroślach śmiech i tupot dziecięcych nóżek. Kiedy się odwrócił w tamtym kierunku nie zobaczył jednak nic. Chociaż spodziewał się tego, jego serce ukuło zimne ostrze zawodu.
- Nie drwij ze mnie, Wietrze – rzucił pod nosem i ruszył dalej.

Ścieżka prowadziła pod ścianę okazałego domu. Zszarzała cegła niemalże całkiem skryła się za liśćmi bluszczu. Starzec wyciągnął spod płaszcza długi nóż i zaczął ciąć pędy, szukając wejścia. W końcu jego oczom ukazały się stare, drewniane drzwi. Nie były zamknięte, wszedł więc bez przeszkód do środka.

Przywitał go półmrok, tak że musiał chwilę stać, zanim jego oczy zaczęły odróżniać kształty. Pomieszczenie było nieduże, podłużne, nisko sklepiony sufit wyglądał jakby mógł runąć w każdej chwili, w jednej ścianie były drzwi, pod druga stały schody. Wszystko w środku pokryte było grubą warstwą kurzu. Powietrze było ciężkie, każdy oddech przychodził trudno, tak jakby niósł ze sobą oprócz tlenu wiele starych wspomnień.

Kiedy już wzrok starca przyzwyczaił się do ciemności, zaczął dostrzegać różne rzeczy, z których każda zawierała kawałek historii. Widział stół i zdawało mu się, jakby jeszcze wczoraj siedział za nim przy posiłku, śmiejąc się głośno z wesołej opowieści. Szafę, w której zawsze schowane były ciastka, przez które tyle razy z niej spadł na ziemię jako dziecko. Kominek, w który tyle razy zapatrzony, po prostu siedział i myślał. Wszystko teraz wydawało się stare, suche i zniszczone jak on sam. Starzec opadł na krzesło i chowając twarz w dłoniach, cicho załkał.

Kiedy już się uspokoił, wytarł rękawem oczy i wszedł schodami na piętro. Stały tam pod ścianami łóżka. Na każdym z nich leżał w ubraniu szkielet człowieka, w sumie pięć ciał.

-Wszyscy już są – wyszeptał mężczyzna i ugięły się pod nim kolana, przez co z trudem ustał. Podszedł po kolei do każdego łóżka i patrzył na kości, które dawniej pokryte ciałem były jego najlepszymi przyjaciółmi.
W końcu stanął nad ostatnim łóżkiem, pustym. Przeznaczonym dla niego. Spoglądał na nie nieufnie, jakby głęboko się zastanawiając.

- Czyli to jest koniec? Już nic więcej mnie nie czeka? - słowa sączyły się wolno z jego ust, jak ostatnie krople wina z butelki.

Westchnął głośno, a błysk w oku świadczył o podjętej decyzji. Położył się na łóżku i chwilę jeszcze wodził wzrokiem po pochyłym sklepieniu, ale w końcu zamknął oczy. Kiedy tylko to zrobił, wydało mu się, że na jego starej dłoni ktoś położył drugą, młodą i ciepłą, a do jego uszu doleciał miękki, dziecięcy głosik.

– Śpij, nie bój się. Nie jesteś sam.

Starzec odetchnął głęboko, już ostatni raz.

* * *

Młody chłopczyk podniósł się z krzykiem z łózka. Dookoła budziły się inne dzieci, patrząc na niego i pytając co się stało.

- Miałem bardzo dziwny sen – powiedział, jego głos zabrzmiał dźwięcznie, dziecięco, a on zdziwił się trochę, jakby spodziewał się usłyszeć coś innego. Jedno z dzieci, dziewczynka, podeszła do niego i złapała go za rękę, swoją młodą, ciepłą dłonią.

– Śpij, nie bój się. Nie jesteś sam - chłopiec z powrotem położył się i zamknął oczy. Nie wiedział tylko dlaczego te słowa ciągle dźwięczały mu w głowie, raz po raz, wzbudzając w nim jakiś dziwny niepokój. Jakby wspomnienie, ale bardzo nie wyraźne.

– Nie bój się. Nie jesteś sam – wyszeptał do siebie i zasnął.

KONIEC

To by było tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że się wam podoba. Zapraszam prawdopodobnie dopiero za tydzień, bo raczej nic w środę nowego nie napiszę, raz, że sesja ciągle w toku, a dwa że w czwartek gramy na Musical Youth 2 :).
I taka moja małą prośba. Widzę, że moi kochani bracia intensywnie reklamują mojego bloga. Stąd ostatnio pojawiła się w mojej głowie myśl, żeby każdy, kto regularnie czyta com napisał, wysłał linka do bloga np. dwóm znajomym. Możecie? Na pewno duża liczba odwiedzin zmotywuje mnie do regularnego pisania jeszcze bardziej.
Tak więc z góry Wam dziękuję (btw. ten zwrot to chyba najpowszechniejsza manipulacja ;) ) i życzę miłego wieczoru.

czwartek, 20 stycznia 2011

Hmm... Środowy? przegląd staroci nr VI

W sesyjnym klimacie zapomniałem wczoraj o blogu. Tak więc dzisiaj to rekompensuję. To już ostatnie opowiadanie ze starego bloga, więc środowe posty na razie chyba pójdą w niebyt, bo dwóch opowiadań tygodniowo nie będę pisał. Niemniej przyjemnej lektury.


 Pociąg relacji Kraków – Kołobrzeg sunął po torach. Otwarte okno na korytarzu powodowało przeciąg. Nieprzyjemny jazgot maszyny jadącej po nierównych torach wbijał się w uszy. Wielokrotnie jechałam tą trasą, z Warszawy do rodzinnego Koszalina, można by powiedzieć, że te podróże już mi spowszedniały. Jednak sytuacja, zmuszająca do siedzenia w bezruchu, wciąż mnie bardzo irytowała. Próbowałam trochę popracować na notebooku, ale gdzieś za stolicą do przedziału obok wsiedli bardzo głośni pasażerowie, skutecznie mnie rozpraszając. Do tego zapomniałam naładować baterię i wysiadła mi gdzieś w okolicach Mławy.

W moim przedziale siedziało jeszcze dwóch młodych chłopaków. Jeden z nich pił piwo, zresztą był już wyraźnie napruty i niepewnie trzymana puszka wypadła mu z ręki. Całe szczęście już większość wypił, ale i tak reszta wylała się na podłogę, rozsiewając po przedziale okropną woń taniego, mocnego browara. Drugi trochę czytał, co chwilę wychodził i przechadzał się po korytarzu. Nawet w końcu chwilę pogadaliśmy. Zresztą trochę dziwny był. Dużo mówił o starej muzyce, literaturze, filmach, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Chyba prowadził zupełnie inny tryb życia niż ja – nie umiał zrozumieć tego jak potrzebuję być w ciągłym ruchu. Praca, zabawa, znajomi – życie! A on uważał, że podróż pociągami jest fajna, bo daje dużo czasu na refleksję. No cóż, są ludzie i ludziska. Obaj wysiedli w Gdańsku.

Jestem już mocno wkurzona, sama w śmierdzącym przedziale, sąsiedzi obok kłócą się o coś zawzięcie, a ja nie mam co ze sobą zrobić. O, Wejherowo, no to git, jeszcze tylko 2 i pół godzinki. Jak ja tego nie znoszę! Nawet nie ma się na co pogapić przez okno, bo same zabite dechami wsie mijamy, wszędzie tak ciemno i ponuro. Godzina 4:32.

Jadę już nie wiadomo który raz tym pociągiem, ale jak zawsze trochę się boję. Bo nie wiadomo co za typy mogą się kręcić po nocnach. Kurcze, co mi tak buczy w uszach? Sąsiedzi z boku nagle umilkli... I pociąg też... Cicho, ale przecież widzę, że jedzie... Może ktoś zamknął okno na korytarzu, kurde, aż sprawdzę.

Wychodzę na korytarz, trochę już przestraszona, okna rzeczywiście wszystkie zamknięte. Zajrzę do sąsiedniego przedziału, może sobie coś zrobili, dlatego są tak cicho. Zaciągnięte zasłonki, zgaszone światło, nic nie widać. OK, wracam do siebie.
Dziwne, zasuwałam drzwi wychodząc? Kurde, kto to wymyślił tak mocno trzymają, w ogóle się nie da otworzyć. No ej, mocniej już nie mogę ciągnąć! I jeszcze te lampy mrugają, co za badziewie. No i super, w końcu się otworzyły, a ja poleciałam jak głupia na ziemię. Dobra, nieważne, wchodzę do przedziału. A to światło miga. Zgasło! K... Nic nie widać! I tak cicho wszędzie. Jedzie jeszcze ten pociąg, czy nie jedzie? Otworzę okno, jak jedzie, to będzie przeciąg. Okno też zacięte? Za Chiny nie otworzę. Dość tego, idę do konduktora. Ałć, walnęłam głową w drzwi! Przecież ich nie zamykałam. O co k... chodzi? Ej, co to za szelest? Jest tu kto? Halo!!!.......

Później mówili, że to jacyś mordercy i zboczeńcy. Ciała dziewczyny nigdy nie odnaleziono. Jaka jest prawda, tego nikt nawet się nie domyślał.
KONIEC

niedziela, 16 stycznia 2011

Sen na jawie

Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię za bardzo śnić. Kiedy sen jest miły, to budzę się przygnębiony, kiedy śnię jakiś koszmar, to budzę się przestraszony i zlany potem. Zdecydowanie najbardziej cenię te noce, kiedy nie śni mi się nic. Moja żona zawsze się temu dziwi, ona uwielbia sny, te co barwniejsze nawet zapisuje sobie w notesiku.

Całkiem niedawno zdarzyła mi się dziwna przygoda, która to moje niecodzienne przekonanie tylko umocniła. Zaczęło się od snu, który już teraz jawi mi się mgliście, ale coś tam jeszcze pamiętam. Stałem na płaskiej równinie, gdziekolwiek nie spojrzałem widziałem tylko białą, migoczącą powierzchnię, aż po horyzont. Może gdzieniegdzie majaczyły jakieś niewyraźne kształty, ale nic takiego, co zapadłoby mi w pamięć. Kiedy tak stałem rozglądając się, usłyszałem za plecami cichy stukot. Był to pierwszy dźwięk, jaki do tej pory usłyszałem.

Odwróciłem się i zobaczyłem eleganckiego mężczyznę, który do mojego snu zawędrował chyba wehikułem czasu Wellsa. Ubrany był w czarny frak, na głowie miał wysoki cylinder, a w oko wetknięty monokl. W ręku trzymał laskę, którą postukiwał co krok, bardziej dla zabawy, niż z konieczności podpierania się. Oczywiście miał elegancko przystrzyżoną kozią bródkę i cienkie wąsy, zakręcone w górę.

Podszedł do mnie z uśmiechem i wtedy zobaczyłem, że laska jest tak naprawdę bardzo cienkim, długim sztyletem (co oczywiście mnie nie zdziwiło, to był w końcu sen). Elegant nie zmieniając wyrazu twarzy płynnym ruchem zatopił mi ostrze pod żebrami, a ja w tym momencie szarpnąłem się i otwierając oczy zobaczyłem, że leżę w swoim łóżku, zlany zimnym potem.

Długą chwilę leżałem patrząc w sufit i łapczywie łapiac powietrze. Nerwowo sięgnąłem ręką do serca, człowiek dobiegając sześćdziesiątki nabywa takich odruchów. Kiedy już się uspokoiłem i usiłowałem spowrotem zasnąć, usłyszałem ciche, choć stanowcze chrząknięcie. Chociaż dobiegało z głębi pomieszczenia, spojrzałem z nadzieją w stronę żony.

- Jestem tutaj – usłyszałem męski głos. Podniosłem się przestraszony (a ręka podniosła się szybko na pierś) i zobaczyłem na fotelu tego eleganckiego jegomościa z mojego snu.

- Widzę, że pan mnie już poznaje. Proszę mi wybaczyć moje nietaktowne zachowanie, ale musiałem pana rychło wybudzić, niestety sztych pod żebro jest w takich chwilach najefektywniejszy – słuchałem tego, nie wiedząc za bardzo co się dzieje. Pomyślałem, że dalej śnię, w końcu tak się zdarza czasem, że śnimy o tym, jak się obudziliśmy. Tymczasem Elegant kontynuował, tak spokojny i pewny siebie, że i mnie się to zaczęło udzielać.

- Nie, proszę pana, już pan nie śpi. Choć, czy można mieć kiedykolwiek pewność. Sen wszak gdy śnimy zdaje nam się tak samo realny, jak jawa po obudzeniu. Może tak zwana rzeczywistość jest jedynie kolejnym snem, z którego nas śmierć wybudzi?

Słuchałem tego wszystkiego, nie rozumiejąc za bardzo o co chodzi. W końcu zdołałem z siebie wydobyć – Kim ty w ogóle jesteś? - jak widać uprzejmość przybysza nie udzielała mi się tak szybko jak jego opanowanie.

- Doskonałe pytanie. Ale co pan przez to rozumie: "kim jestem?". Nazywam się Walerian Brzyski, czy z takiej odpowiedzi jest pan kontent? Domyślam się, że nie i świetnie pana rozumiem, każdy z nas w pańskiej sytuacji odczuwał pewien psychiczny dyskomfort. Wszystko panu wytłumaczę, ale teraz proszę już się ubrać, nie mamy wiele czasu.

Taka odpowiedź z pewnością mnie nie satysfakcjonowała, ale w jakiś sposób wiedziałem, że nie ma się co sprzeczać z nieznajomym... z panem Brzyskim. Zresztą chyba jednak myślałem, że dalej śnię, dlatego już o nic nie pytając wstałem i poszedłem do łazienki. Kiedy się ubierałem, zerkałem w lustro na swoją twarz, która wydała mi się strasznie stara, a przecież nie stuknął mi nawet szósty krzyżyk. Nagle moje wąsy wydały mi się strasznie idiotyczne, w porównaniu z cienkim, zakręconym wąsikiem Eleganta.

Gdy wyszedłem z łazienki, pan Brzyski już na mnie czekał z moim płaszczem, który mi podał, a ja nic nie mówiąc ubrałem się i wyszedłem za nim na klatkę schodową. Przynajmniej taki miałem zamiar, bo gdy przekroczyłem próg, znalazłem się na tej białej, bezkresnej równinie, znanej mi już ze snu. Walerian zamknął drzwi, które powoli się rozpłynęły w powietrzu. No, przynajmniej nie miałem już wątpliwości, że dalej śnię.

- Proszę za mną, za chwilę wszystko panu wyjaśnimy – rzucił Brzyski przez ramię, gdyż jakby nagle zapominając o savoir vivre, ruszył przed siebie, nawet na mnie nie patrząc. Nie widząc innego wyjścia potruchtałem za nim, z głową pełną pytań.

Kiedy tak szliśmy równina powoli przemieniała się w las, jak we śnie, po prostu nagle wszędzie wokół były drzewa. Wciągnąłem w piersi czyste leśne powietrze, gdzieś na gałęzi zaświergotał ptak.

W końcu Walerian się zatrzymał, a ja zobaczyłem polankę i na niej okrągłą altanę. W środku stały kręgiem krzesła, a na każdym siedział mężczyzna. Było to doprawdy kolorowe towarzystwo, niektórzy ubrani byli jak mój towarzysz, na dziewiętnasto-wieczną modłę, inni mieli szlacheckie kontusze z różnych okresów, kilku ubranych było we współczesne garnitury. Kiedy weszliśmy z Brzyskim na altankę, wszyscy wstali, przypatrując mi się w milczeniu. Sam nie wiem kiedy, znalazłem się po środku tego przedziwnego zgromadzenia. Elegant już usiadł na jednym z krzeseł. Czułem na sobie wzrok ich wszystkich, najwidoczniej zebrali się tutaj z mojego powodu. W końcu jeden z nich, w białej todze i z długą siwą brodą, wstał i głośno przemówił.

- Cieszymy się, panie Stanisławie, że w końcu pan do nas dołączył. Na pewno ma pan wiele pytań, teraz wszystko panu wyjaśnimy.

Zaczął opowiadać. Kazał do siebie mówić: "bracie Pitagorasie". Okazało się, że oni wszyscy są członkami zgromadzenia, które sami nazywają "Pasterzami Snów".

- Widzisz, bracie Stanisławie, sen jest czymś więcej, niż się zwykle ludziom wydaje. Na pewno zdarzyło ci się nie raz kiedy zasypiałeś, że wybadzało cię nagłe szarpnięcie nóg, czy rąk. Dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje sen, jako śmierć i tym szarpnięciem stara się obudzić ciało, aby nie umarło. Widzisz, nie myli się tak bardzo.

- Sen, to balansowanie na krawędzi życia i śmierci. Twój umysł wyrywa się z ciała, dusza dąży do swojego świata, gdyż ciąży jej już ciało.

Dowiedziałem się, że gdy duch wyrwie się z ciała zanim ono umrze, człowiek wpada w śpiączkę. Czasem udaje się znaleźć taką zagubioną duszę i zaprowadzić ją spowrotem, jednak lepiej zapobiegać niż potem interweniować.

- To jest właśnie nasza rola, pilnowanie, aby nikt nie wyrwał się za wcześnie. Zostałeś, bracie Stanisławie wybrany na jednego z nas.

- Ale dlaczego, przecież ja nawet nie lubię snów?

- Właśnie dlatego, dzięki temu zachowasz właściwy dystans.

Właśnie tak zostałem pasterzem snów. W sumie robota, jak każda inna. Trzeba trochę się nauczyć, potem można się też wykazać własną inwencją. Teraz jednak każdy sen jest dla mnie strasznie męczący, w końcu praca, to praca. Widzicie, nie mam powodu, żeby bardziej polubić sny

* * *

Kiedy nastał ranek, pani Danusia, żona pana Stanisława wstała i zaczęła poranne krzątanie. Po jakimś czasie zdziwiło ją, że mąż dalej leży w łózku, przecież zawsze lubił wcześnie zaczynać dzień. Kiedy nie mogła go dobudzić, przestraszyła się i zadzwoniła po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon, jednak nie potrafił podać przyczyny. Zastanowiła go tylko cieniutka blizna pod żebrami, wydawała się być jednocześnie bardzo stara i bardzo świeża.

KONIEC

Ta wizja świata w opowiadaniu tak mi się wydała pokrewna greckim dualistom, że aż tam Pitagorasa wrzuciłem. Podobało się? Nie wiem jeszcze na pewno, ale może będę kontynuował ten wątek, wszak mam duże pole do popisu. Tymczasem, na razie :)

środa, 12 stycznia 2011

Środowy przegląd staroci V

Opowiadania ze starego blogu już na wyczerpaniu, niedługo będę musiał pomyśleć co zrobić z tą środą. A na razie opowiadanie "Obserwator", trochę moralizujące, ale co tam, miło się czyta :)


Statek "Obserwator 1" dumnie wpłynął na orbitę. Jego dowodzący w zamyśleniu spoglądał na świat rozpościerający się przed nim. A raczej nie "spoglądał", zmysł wzroku nie był mu znany. Narządy na przedzie tego, co z braku lepszego określenia nazwiemy "głową", odbierały sobie tylko znane sygnały, których żaden mózg na ziemi nie byłby w stanie zinterpretować.

"Przekażę wam wszystko, co zdołałem ustalić nt. tej niezwykłej planety, o Przełożeni." - w jakiś sposób porozumiewał się z inną istotą swego gatunku, oddaloną o miliony lat świetlnych. - "Planeta nie spełnia wszystkich wymagań, ale jest zadowalająca. W atmosferze znajduje się bardzo dużo azotu, co umożliwiłoby bytom kreującym na stworzenie obszarów zamkniętych wypełnionych zdatnym do oddychania, bogatym w siarkę i dwutlenek węgla powietrzem. Gleba obfituje w surowce, na biegunach pokrywy lodowe nadają się bardzo dobrze na założenie plantacji. Z tego punktu widzenia nie można nic zarzucić planecie, którą jedyny zamieszkujący ją, posiadający mowę gatunek, nazywa "Ziemią". Ponadto, z jakiegoś powodu, praktycznie całe życie na tej planecie oddycha tlenem i wykonuje różne inne, niewyobrażalne czynności, a więc gdybyśmy zdecydowali się skolonizować część planety, nie musielibyśmy wchodzić w konflikt z miejscową florą i fauną."

Zasępił się bardzo. - "Cóż to wszystko znaczy wobec jednego czynnika. Gdybyśmy zdecydowali się zakładać kolonię, prędzej, czy później doszłoby do konfrontacji z gatunkiem mówiącym, zwącym siebie "ludzie". Poznałem ich i myślę, że nie byłoby dobrze gdyby tak się stało. Ludzie to dziwny, przerażający i okropny gatunek. Uważają się za wyższych, lepszych od innych istot na Ziemi. W końcu są jej panami, wynaleźli wiele zaskakujących wynalazków (np. ta ich cała "elektryczność", coś niesamowitego).


Ale naukowcy to zaledwie ułamek procenta ludzkości. Większa część reszty z nich jedynie bezmyślnie korzysta z efektów pracy wynalazców, a ich życie w niczym nie jest wyższe od stworzeń mniej rozwiniętych. Ogranicza się do odżywiania, kopulowania, spania. Oczywiście w pierwszym momencie wydaje się, że wykonują dużo więcej ważnych czynności. Np. pewne ustosunkowanie społeczne nakazuje im część dnia poświęcać na tzw. "pracę", za co otrzymują wynagrodzenie w postaci "pieniędzy". To jeden z tych ich dziwnych wynalazków, chyba najbardziej odrażający. Polega on na pewnego rodzaju systemie wymiany, ale trzeba by tłumaczyć bardzo długo.

Jednak system ten uzależnia całkowicie funkcjonowanie każdego społeczeństwa i jednostki. Ilość tych "pieniędzy", zapewnia wyższy status społeczny, co w zasadzie sprowadza się jedynie do lepszego gatunkowo jedzenia i innego rodzaju kopulacji (w zasadzie nie dążącego do rozmnożenia), oraz bardziej komfortowego snu. Mimo tego, prawie każdy człowiek pragnie posiadać tych pieniędzy jak najwięcej. Jest to uproszczony system, jednak oddaje w dużej mierze funkcjonowanie tego dziwnego gatunku. Dla zdobywania tych "pieniędzy" dokonują czynów agresywnych i destrukcyjnych. Nieliczni, którzy głoszą co innego, przeważnie są uznawani za najbardziej pazernych i pozostali żywią wobec nich negatywne emocje (tak działa ten dziwny, przewrotny system). Ja osobiście boję się, że dłuższe przebywanie w towarzystwie tych istot mogłoby doprowadzić do rozprzestrzenienia się tej choroby wśród nas, co z pewnością doprowadziłoby do zagłady gatunku."

Istota skończyła przekaz, po czym statek odleciał z orbity. W tym czasie ludzkość na ziemi toczyła swoje życie.

KONIEC

PS. Jak ktoś ma ochotę, to dodałem subskrypcję po prawej stronie, może Wam będzie wygodniej :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Jak liść na wietrze.

Dzisiaj trochę o zimie, ale z przebijającą się tęsknotą za wiosną :). Życzę miłej lektury.

*****

Wyobraźmy sobie liść na wietrze. Targany raz w jedną, raz w drugą stronę zdaje się zmierzać bez określonego kierunku. Tak naprawdę zawsze ma jeden cel – spada w dół. Wydaje się, że nie ma nic zaskakującego w takim listku, potrafi on jednak człowieka wpędzić w niemałą konsternację. Tak właśnie było ze mną.

Szedłem razu pewnego chodnikiem, nie myśląć o niczym szczególnym. Może poza jednym – żeby było cieplej. Wszędzie gdzie padł mój wzrok, leżały wielkie zaspy śniegu. Mróz był tak przenikliwy, że idąc czułem, jak trzeszczą mi stawy. Nie chciałem się zatrzymywać, bojąc się, że nogi nie ruszął już drugi raz. Wzrok miałem wbity w ziemię, bo pod warstwą śniegu leżał lód i nie chciałem się przewrócić. Pewnie dlatego nie zobaczyłem jak mały, zielony listek porywany podmuchami wiatru pędził w powietrzu wte i we wte. Przypadek zarządził, ze jeden z podmuchów skierował go wprost we mnie. Zdumiony zatrzymałem się i spojrzałem na tą niepozorną plamkę zieleni, wyraźnie odcinającą się od białego śniegu. Trochę wbrew sobie sięgnąłem w dół i bojąc się, że go uszkodzę, zdjąłem rękawiczkę. Mróz bardzo szybko, wręcz łapczywie złapał mnie za odsłoniętą dłoń, jednak ja, lekceważąc to, podniosłem liść i zdumiony długą chwilę go oglądałem z każdej strony. Wyglądał tak, jakby jeszcze przed chwilą wyrastał z żywej roślinki. W tym mrozie?

Spojrzałem w górę. Nade mną rozciągały się konary starego drzewa, oczywiście szare i nagie. Skąd wziął się liść? Rozglądałem się wokół tak zdumiony, że przez chwilę w ogóle nie czułem zimna. Nagle zobaczyłem, że pośrodku pnia tego starego, suchego drzewa wyrasta mała gałązka, z kilkoma zielonymi listkami. Silny podmuch wiatru porwał kilka z nich, jednocześnie wyrywając mnie z zadumy. Niewiele myśląc podszedłem i oderwałem gałązkę, przekonany, że w domu zapewnię jej lepsze warunki, niż miała na mrozie. Potem ruszyłem do domu, myśląc już tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych czterech ścianach.

Minęło kilka dni, zapewniłem gałązce najlepsze warunki jakie potrafiłem, a ta wydawała się spokojnie rosnąć. Po jakimś czasie przestałem na nią zwracać uwagę, po prostu stała się ozdóbką w kącie pokoju. Mijał czas, a ja żyłem sobie własnym życiem. Z codziennej rutyny wyrwała mnie choroba, która zatrzymała mnie na dłużej w domu. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo gałązka się rozrosła. W zasadzie zasługiwała już na miano małego drzewka. Dodało mi to trochę otuchy.

Choroba, która mnie dopadła była bardzo dziwna. Nie objawiała się ani katarem, ani gorączką, było mi po prostu bardzo, bardzo słabo. I to dosłownie, tak jakbym codziennie tracił po trochu siłę do życia. Przedmioty wypadały mi z rąk, w nocy spałem coraz dłużej, coraz ciężej było mi się podnieść z łóżka. Nie miałem siły, żeby wybrać się do lekarza, więc starałem się wykurować domowymi metodami. Roślinka za to rozwijała się coraz bardziej. W zasadzie tak dobrze, że zacząłem się zastanawiać jak to możliwe.

Pewnego dnia z trudem zwlokłem się z łóżka i jakoś odruchowo skierowałem kroki w stronę drzewka, żeby je podlać, tak jak już miałem w zwyczaju robić to codziennie. Widok roślinki mnie zamurował. Na jednej z gałązek rozkwitał sobie pąk kwiata. Z niedowierzaniem spoglądałem raz za okno gdzie akurat padał śnieg, znowu na gałązkę, która wydawała się czuć w iście wiosennym nastroju.

Nagle pąk zaczął się rozwijać. A ja poczułem jak resztka sił, jakie mi zostały, ucieka. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, zrozumiałem nagle, skąd roślinka czerpie swoje soki. Przecież zachorowałem w czasie gdy wziąłem gałązkę do domu. I im bardziej ona rosła, tym ja robiłem się słabszy. Przypomniałem sobie, że gdy odrywałem ją od drzewa, kora wokół niej wydawała się być starsza i ciemniejsza, niż gdzie indziej.

Podjąłem decyzję. Chwyciłem drzewko i resztką sił zaniosłem do kominka, w którym zostało jeszcze trochę rozżażonych drew z poprzedniego wieczora. Rzuciłem je do środka i zacząłem rozdmuchiwać żar, tak długo, aż drzewko się zapaliło. Wycieńczony padłem na podłogę i straciłem przytomność.

Kiedy się ocknąłem, resztki drzewka właśnie dogorywały w kominku. Podniosłem się, czując jak odzyskuję siły. Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć. Przygarnąłem jakiegoś przedziwnego drzewnego wampira. No cóż, nie należy wyprzedzać świata. Trzeba się pogodzić z tym, że do wiosny zostało jeszcze kilka miesięcy. Spojrzałem za okno, gdzie wirowało tysiące płatków śniegu. Zarazem tak podobnych i niepodobnych do liści na wietrze.

"Też są piękne" – pomyślałem.

KONIEC

środa, 5 stycznia 2011

Wielkie miasta cz. 2

Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj druga część opowiadania zamieszczonego w niedzielę :)

* * *

Otworzyłem oczy. Leżałem na swoim łóżku, w wysokim apartamencie. W mojej głowie pojawiła się myśl – „to był tylko koszmar” - jednak nie wierzyłem, że sen może być tak rzeczywisty. Sięgnąłem palcem do ust i wyjąłem z nich muchę. Stanowczo zbyt realistyczne. Z trudem podniosłem się z łóżka, w uszach mi szumiało, tak jak wtedy, gdy otaczający nas hałas nagle ucichnie. Na ścianie nie było żadnego śladu po tamtych drzwiach. Poszedłem do łazienki, gdzie na wieszaku wisiał suchy ręcznik. Wróciłem do pokoju, w którym było dość ciemno z powodu gęstych chmur widocznych za oknami. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się w stronę sieni. Zbiegłem po schodach i otworzyłem wielkie drzwi wejściowe. Na zewnątrz zobaczyłem sad, ginący w gęstej mgle, tak, że nie widziałem dalej niż na dziesięć metrów. Ruszyłem przed siebie, nie oglądając się, prawie biegnąc między drzewami, na których nie widziałem żadnych ptaków. Zatrzymałem się przed bramą. Była zamknięta, jednak ja nie zwróciłem na to uwagi, zajęty oglądaniem widoku rozpościerającego się za nią. Nie dostrzegłem ulicy, budynków po jej drugiej stronie, neonów. Od bramy biegła na wprost kamienista droga, ginąc we mgle. Nagły przebłysk słońca odsłonił przede mną rozległą, cichą dolinę. Odwróciłem się, patrząc na dom. Dalej sprawiał wrażenie przygnębionego. Zdawało mi się, że kątem oka ujrzałem w oknie ciemną sylwetkę człowieka, jednak kiedy skierowałem tam wzrok, nic nie ujrzałem. Zaczęło kropić, więc zrezygnowany skierowałem się z powrotem do środka.

* * *

W sieni przywitał mnie blask świec wielkich kandelabrów zawieszonych na suficie. Tym razem postanowiłem zobaczyć, co znajdę na parterze. Podszedłem do drzwi obok schodów i pociągnąłem za klamkę, jednak były zamknięte. Zwróciłem się do kolejnych i te ustąpiły. Zobaczyłem podłużne pomieszczenie, którego środek wypełniał stół. Przeszedł mnie skurcz, a zimny pot zlał mi plecy. Wbrew sobie postanowiłem jednak wejść do środka, ponieważ stół był pusty, a pokój cichy.
Poraziła mnie sucha biel ścian i stołu. Dookoła walały się połamane krzesła, również niezwykle białe. Zrobiłem krok na przód i sięgnąłem za siebie, nie oglądając się. Drzwi dalej tam były. Zrobiłem jeszcze kilka kroków przed siebie, zwróciłem uwagę na białe krokwie podtrzymujące sufit, których poprzednio nie zauważyłem. Nic się dalej nie zmieniało, wciąż ten sam stół, potrzaskane krzesła, białe ściany i sufit. Powoli się wycofałem i wyszedłem z pokoju.
Początkowo poraziło mnie światło, dopiero po chwili zobaczyłem, że nie trafiłem z powrotem do sieni. Pomieszczenie w którym się znalazłem miało białe, obłe ściany spotykające się nade mną w formie kopuły. Przez dwie okrągłe dziury wlewało się do wewnątrz światło. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie stoję w pomieszczeniu, że dwa otwory na sklepieniu są tak naprawdę oczodołami wielkiej, przerażającej czaszki, że stół za moimi plecami jest kręgosłupem, a krokwie są żebrami jakiegoś niepojętego, gigantycznego kościotrupa, w którego zmienił się Dom. To było za wiele dla mnie i straciłem przytomność.



* * *

Kiedy wróciły mi zmysły, leżałem na łóżku w swojej sypialni. Spodziewałem się tego więc wstałem bez zdziwienia, zastanawiając się czym jeszcze zaskoczy mnie Dom. Rozejrzałem się i wszelkie myśli uleciały mi z głowy, ustępując miejsca strachowi. Otaczała mnie pustynia szarego prochu, pojąłem nagle, że nie leżę na łóżku, lecz na wydmie. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem tylko szary, ponury pył. Kompletnie mnie to wybiło z równowagi, stałem tylko i bezmyślnie rozglądałem się wokół. Zamrugałem parę razy, ale wciąż widziałem tylko szarość i bezruch. Stałem tak i już nawet strach uleciał z mojej głowy, opanowała ją ta dusząca martwota.
I w jednej chwili wszystko wokół ogarnęła ciemność, a ja leżałem nieruchomo. Powoli zaczynałem rozumieć co się dzieje wokół mnie. „Kto się boi duchów, boi się samego siebie”. Skąd pojawiła się ta myśl? Chyba ktoś mi to kiedyś powiedział i teraz przypomniałem sobie te słowa. I zrozumiałem już wszystko. Martwe ciało trawi robactwo, i mięso odsłania kości, a i one rozsypują się w proch. Dom był martwy, od początku próbował mi to przekazać, jego epoka minęła. Moja epoka... Zamknąłem oczy, a może już miałem je zamknięte, nie sposób to było rozróżnić w tej ciemności.
Znów usłyszałem tę piękną muzykę, która rozległa się kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg Domu. Już nic jej nie zakłócało, ani nie przerywało. I razem z nią uniosłem się, zostawiając ciało za sobą, razem z nim zostawiając Wielkie Miasta z ich neonami, ruchliwymi ulicami, pijakami leżącymi w śmierdzących bramach, hałaśliwymi nocnymi klubami... Nareszcie odpocznę...

KONIEC

niedziela, 2 stycznia 2011

Wielkie miasta

Cierpię na chwilowy poświąteczny brak pomysłów, więc dzisiaj będzie 1 część opowiadania, które napisałem już dawno temu, a ponieważ jest dłuższe niż zwykle, to rozdzielę je na 2 odcinki, w środę będzie 2 część :). Miłego czytania. 

*****

Dawniej uważano, że północ jest godziną duchów. Kiedy ludzie śpią, wszystko się może zdarzyć, kiedy wkraczają w krainę snów, to ona właśnie staje się realna, a świat rzeczywisty traci znaczenie. Jednak tak było dawniej. Człowiek w swym rozumie wynalazł Wielkie Miasta. A one nigdy nie śpią, pozbawiają ludzi snów, północ nie jest już dawną północą, jest tylko godziną zero, pomiędzy pierwszą, a jedenastą. Wielkie Miasta chcąc być jeszcze większymi pożerają wszystko wokół, a najbardziej smakuje im wyobraźnia...

To właśnie czułem krocząc ulicami kolejnego z nich. Dzień mimo nocy, to właśnie stało się główną ich cechą. Pamiętając czasy, kiedy to księżyc oświetlał mnie w ciemności, szedłem w blasku reklamy, kolejnego absurdalnego wymysłu człowieka. To sztuczne, halogenowe światło sprawiło, że nawet cienie straciły swą dawną głębię, stały się tylko mniej oświetlonym fragmentem przestrzeni. Myślałem, że ta aglomeracja niczym mnie nie zadziwi, że mam przed sobą kolejne, bliźniaczo podobne do pozostałych miasto. Jakie było moje zdumienie, gdy idąc wciąż przed siebie, po lewej ręce mając miejską arterię, po prawej ujrzałem zwykły mur. Bez reklamy i bez rysunków podwórkowych artystów. Zwykły mur z czerwonej cegły, sczerniały od wieku i cienia. Mur ten dzieliła na dwie równe części zardzewiała brama, za którą rozciągał się mały, ciemny park. Pomiędzy drzewami prześwitywał dach domu, domu z niemymi oknami, z tajemniczą aurą. O, jakim ukojeniem dla duszy było dla mnie spojrzenie w twarz domu z tajemnicą!

Czułem jak światła miasta mnie osłabiają, więc podszedłem do bramy, aby szukać schronienia za murem. Dotknąłem prętów bramy mając nadzieję, że sama się otworzy. Nic takiego niestety się nie stało. Zamiast tego zobaczyłem, że drzwi domu się otwierają i wychodzi z niego przygarbiona postać. Gdy się zbliżyła, mogłem zobaczyć, że jest to starzec, ze starannie przystrzyżoną, siwą brodą, w bardzo starym fraku. Podszedł do bramy i bez słowa ją otworzył, gestem zapraszając do środka. Przekroczyłem granicę między Wielkim Miastem, a tym tajemniczym miejscem, czując na ciele ulgę oplatającego mnie cienia. Mur był dość wysoki, żeby skryć mnie przed światłami reklam, oparłem się o niego i w ciszy delektując ciemność, czułem jak powracają mi siły. Starzec skiną na mnie głową i poszedł w stronę drzwi domu. Ruszyłem za nim, między drzewami. Na niektórych gałęziach widziałem czarne sylwetki kruków i wron, które wbrew prawom natury stały nieruchomo, patrząc na mnie w ciszy. Zastanowiła mnie ta cisza, ogarniająca całą przestrzeń między murem a domem. Nie docierały tu charakterystyczne dla miasta hałasy samochodów i ludzi. Ale nie martwiło mnie to, kontent byłem tej kojącej zmysły pustki w uszach.

Zbliżając się do domu, ogarniając wzrokiem jego gmach, stopniowo zdawałem sobie sprawę ze zdumiewającej tęsknoty i smutku bijącego od zimnych, ceglanych ścian. W mieście, w którym nie wolno być smutnym, taki widok nie był naturalny. Gdy starzec dotarł do drzwi, zatrzymał się, żeby mnie przepuścić do środka, ale ja byłem coraz mniej pewny tego co robię. Odwróciłem się i spojrzałem w stronę miasta, w jasną przestrzeń wypełniającą otwór bramy. Wtedy usłyszałem pierwszy dźwięk, od kiedy przekroczyłem bramę. Przeciągłe, jakby ostrzegające krakanie. Nie dostrzegłem żadnego ruchu między gałęziami, jednak ten dźwięk był dość wymowny żebym odwrócił się twarzą do drzwi domu i przekroczył próg.

* * *

Znaczenie słowa sień straciło w Wielkich Miastach znaczenie. W nich nie ma miejsca na sień, są tylko przedpokoje. Ale ten tajemniczy Dom nie należał do Wielkich Miast. Mogłem to z całą pewnością stwierdzić po tym, że przekraczając próg znalazłem się w przestronnej sieni. Oddając płaszcz w ręce lokaja usłyszałem dźwięki muzyki. Była tak piękna, że od razu chwyciła mnie za serce. Jednak nie dane było mi słyszeć więcej z tej niebiańskiej melodii, gdyż starzec na widok mojego wzruszenia zakasłał i melodia ucichła. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, jakby dom posmutniał wraz ze mną, gdy dźwięki zamilkły. Tak jakby cienie się pogłębiły, a światło zbladło.

Szybko odrzuciłem te myśli, gdyż przejmowały mnie one niepokojem. Zamiast tego ruszyłem za starcem, który poprowadził mnie schodami do pokojów gościnnych. Wydało mi się dziwne, że lokaj o nic mnie nie pyta, ale wiedziałem, że tym bardziej nie odpowie na pytanie. Stary człowiek zatrzymał się w końcu przy podwójnych drzwiach na końcu korytarza na piętrze. Wielkim, mosiężnym kluczem otworzył jedno skrzydło i wszedł do środka, a ja zaraz za nim. Znalazłem się w dużym apartamencie. Pomieszczenie było gdzieś na trzy metry szerokie i cztery metry długie, po obu stronach pokoju znajdowały się jeszcze drzwi. Za jednymi z nich znalazłem staroświecką łazienkę, drugie jednak były zamknięte. Niezrażony tym, gdyż miejsca i tak miałem bardzo dużo, podszedłem do wielkiego okna, zajmującego prawie całą jedną ścianę, wysokiego po sufit. Widziałem przez nie ciemne sylwetki drzew, a za nimi zarys muru. Znużony skierowałem się w stronę łoża i niezwłocznie zasnąłem, nie mając żadnych snów.

* * *

Obudziłem się rankiem. Jednak w pokoju panował półmrok, jakby wciąż jeszcze nie skończyła się noc. Spojrzałem za okno i ujrzałem na niebie czarne, gęste chmury, zwiastujące burzę. Gęsta mgła ograniczała widnokrąg, ogród pławił się w niej i nie mogłem dojrzeć nawet muru. Po odświeżeniu się w łazience i ubraniu w czyste i świeżo wyprasowane ubranie leżące na krześle obok łóżka (pasujące na mnie idealnie), wyszedłem na korytarz, zostawiając niezaścielone łóżko. Był długi i wąski, a jedyne oświetlenie stanowiła lampa naftowa, wisząca obok drzwi mojego pokoju. Zdjąłem ją z haka i poszedłem przed siebie. Po obu stronach mijałem drzwi, ale instynktownie czułem, że są zamknięte. Po dziesięciu krokach światło lampy nie sięgało już początku korytarza, tak że za sobą i przed sobą widziałem, jak tonie on w mroku. W pewnym momencie po stronie mojej lewej ręki światło lampy nie natrafiło na ścianę i rozproszyło się, ukazując pierwsze stopnie schodów. Za chwilę zobaczyłem całą sień, przygnębiająco szarą i ciemną w nikłym świetle dobywającym się zza okien. Nie zobaczyłem nikogo, więc ruszyłem korytarzem dalej przed siebie.

Ta część korytarza była identyczna z pierwszą. Doszedłem do jej końca, gdzie natrafiłem na takie same dwuskrzydłowe drzwi, jak te do mojego pokoju. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Ujrzałem duży apartament, bardzo podobny do mojego. Zobaczyłem niepościelone łóżko. Wszedłem do łazienki, gdzie znalazłem wciąż wilgotny ręcznik, powieszony na brzegu wanny, tak jak od dawna zwykłem robić. Wyszedłem z łazienki do pokoju, najwidoczniej zamieszkanego przeze mnie. Wiedziony nagłym impulsem podszedłem do drzwi, które uprzednio zastałem zamknięte. Otworzyły się z cichym skrzypieniem, ukazując schody biegnące do dołu, ginące w półmroku. Dobiegał stamtąd cichy szmer, jakby brzęczenie, który odebrałem jako gwar ludzkich głosów. Poszedłem więc w dół, ponieważ powoli zaczynał mi doskwierać brak towarzystwa. Doliczyłem się dwudziestu trzech schodów, po których korytarz biegł dalej prosto. Brzęczenie nieco się nasiliło, ruszyłem więc dalej, unosząc lampę, żeby lepiej widzieć co znajduje się przede mną. W miarę jak szedłem gwar się nasilał. Korytarz kończył się na niedomkniętych drzwiach, zza których dobiegały przytłumione odgłosy ucztujących ludzi. Pociągnąłem klamkę i wszedłem do środka.

Znalazłem się w wielkim, podłużnym pomieszczeniu, którego środek wypełniał szeroki drewniany stół. Leżały na nim wielkie sterty rozkładającego się jedzenia wszelkiej maści, od którego smrodu zakręciło mi się w głowie. Krzesła dookoła stołu stały puste, jednak słyszany przeze mnie wcześniej gwar wcale nie ucichł, przeciwnie, przybrał nawet na sile. Uniosłem lampę i spojrzałem do góry. Pod sufitem kłębiły się wielkie chmary much. Gwar zamienił się w ich brzęczenie, a może zawsze nim był, wypełniając moją głowę nieznośnym hałasem. Odwróciłem się i chciałem wyjść, ale za mną nie było już drzwi, jedynie lita ściana. Pragnąc uciec muchom pobiegłem przed siebie, a dookoła mnie kłębiło się coraz więcej owadów, brzęcząc okropnie. Wpadały mi do oczu, do nosa, wciskały się do ust. Próbując je odpędzić przez przypadek wypuściłem lampę, która stłukła się i gasnąc, zostawiła mnie w ciemności, a chmara much wdarła się do mojego gardła, wypełniając moje wnętrze, tak, że nie było już mnie, tylko mrok wypełniony tym okropnym brzęczeniem.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ