Przepraszam wszystkich za opóźnienie z tym wpisem, nie mam żadnej wymówki, poza kilkudniowym całkowitym zaćmieniem, nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. :) Zadość czynię zamieszczając opowiadanie dzisiaj i mam nadzieję, że w kolejną niedzielę opowiadanie będzie już na czas.
Tymczasem zapraszam do lektury.
***
Dzisiaj wszystkiego jest tyle, że już trudno cieszyć się czymkolwiek. Np. kiedy człowiek idzie do kina, ma do wyboru 10 sali, w każdej inny film, najlepiej jeszcze w 3D. Do tego oczywiście kubeł popcornu i napoju. A same filmy dostarczają tylu wrażeń, że później człowiek jest gotów wskoczyć pod samochód, bo życie się wydaje jakieś takie nudne.
Tak właśnie rozmyślał sobie nasz bohater (na imię mu było Piotrek), kiedy szedł wieczorem ulicą, jak to miał w zwyczaju robić codziennie. Spacerował zawsze tymi samymi alejkami mijając sklepy, restauracje i kina, a jego myśli krążyły wokół różnych trapiących go spraw, zazwyczaj kontestując to z czym mu przychodziło stykać się na co dzień. Szczególnie na mijanych lokalach nie zostawiał suchej nitki.
O, taka na przykład restauracja chińska. Jedzenie niby szybko, niby smaczne... Ale gdzie tutaj radość z posiłku, gdzie święta obiadowa pora, czerwonym tuszem zaznaczona w kalendarzu dnia. Albo tutaj, o, galeria handlowa. Pełna zabieganych ludzi, którzy im mniej mają do kupienia, tym bardziej gorączkowo się krzątają. Byle się tylko nie zatrzymać, bo to grozi chwilą refleksji, a od tego jeszcze głowa może rozboleć. Kinom już się dostało, ale zaraz jest kolejna galeria – sztuki współczesnej... O tym to już w ogóle szkoda gadać.
Od kilku tygodni na jego stałej trasie odbywał się remont jednego z budynków, starego teatru – opuszczonego od lat. Piotrek z niecierpliwością czekał aż zdemontują rusztowania i wreszcie się dowie cóż to takiego będzie. Właśnie na ten dzień zapowiadali koniec budowy, więc chłopak szedł trochę szybciej niż zwykle, gdyż miał nadzieję, że otworzą wreszcie coś, czego nie będzie mógł skrytykować. Albo przynajmniej nie doszczętnie, tylko tak z sympatią, konstruktywnie.
Kiedy w końcu dotarł na miejsce, zdziwił się, bo chociaż rusztowania zdjęto, to jednak budynek teatru wyglądał jak przed remontem, szary, z odpadającym tynkiem. Jedyne co się zmieniło, to napis nad głównym wejściem, wieszczący po prostu – Kino – i pod nim czarny transparent, z białym napisem po francusku. Chłopak nie znał francuskiego, jednak uznał, że to może być coś ciekawego i wszedł do środka.
Tam przywitał go staroświecki hol z czerwonymi dywanami. Przy kasie siedział pomarszczony staruszek, na czole miał zielony daszek, a na nosie okrągłe okulary. Piotrek jakby zmęczony wcześniejszymi rozmyślaniami, teraz całkiem bezrefleksyjnie zapłacił kasjerowi za bilet i poszedł dalej. Gdyby poczekał trochę dłużej, pewnie zdziwiłoby go, że kasjer zamknął drzwi do kina na klucz i ruszył za nim.
Film wyświetlany był w wielkiej sali teatralnej, nad sceną rozwieszono ekran, obok niego stało pianino. Nasz bohater zobaczył, że będzie jedynym widzem i trochę go przytłoczyła pustka w tych wszystkich rzędach krzeseł. Kiedy znalazł sobie miejsce na środku, blisko ekranu, zgasło światło, a gdzieś za nim wystartował projektor, bardzo głośno szumiąc i trzaskając. Do pianina zasiadł staruszek łudząco przypominający kasjera, jednak ubrany we frak, na głowę miał założony cylinder. Zaczął grać skoczną, wesołą melodyjkę, a na ekranie pojawiły się pierwsze obrazy.
Piotrek siedział w zadumie, oglądając stary niemy film, z którego niewiele rozumiał, gdyż dialogi na pojawiających się co jakiś czas planszach z napisami były po francusku. W końcu szum projektora, duchota i ciemność pomieszczenia, a także łagodne dźwięki pianina sprawiły, że usnął.
Obudził się w dużym pokoju, umeblowanym zabytkowymi meblami. W pierwszej chwili pomyślał, że jest już po zmroku, ponieważ wszystko było czarno-białe. Powietrze wypełniała cicha melodia pianina. Wstał i zobaczył przed sobą mężczyznę w mundurze, z monoklem w oku i wypomadowanym wąsem. Ten zaczął do niego mówić, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Nagle, na kilka chwil głowę Piotrka wypełniła czerń, a w niej pojawiły się słowa, niezrozumiałe dla niego, gdyż po francusku. Po paru sekundach chłopak znowu stał w czarno-białym pokoju, oszołomiony tym co się przed chwilą stało. Rozejrzał się dokładnie po pomieszczeniu. Zobaczył, że jedna ze ścian była jakby oknem, za którym rozciągała się wielka sala teatralna. Wszystkie fotele były puste, jedyną osobą był staruszek grający na pianinie, stojącym bardzo blisko okna. Nagle zagrał ostatni akord, gwałtownie go urywając i zrobiło się bardzo cicho. Wstał od instrumentu i spojrzał na Piotrka, a jego starczą twarz powoli wykrzywił złośliwy uśmiech.
I wtedy znowu wszystko objęła ramionami ciemność, a w niej pojawiło się już tylko jedno, ostatnie słowo.
KONIEC
Myślałem, że będzie triller i staruszek umrze, albo po złośliwym uśmiechu spadnie maska i ukaże się ... no nie wiem, twarz diabła który przecież gada po francusku (tak bywało w starych legendach o diabłach). No cóż zacząłem marudzić jak główny bohater. Widać udzielił mi się jego charakter.
OdpowiedzUsuń