niedziela, 2 stycznia 2011

Wielkie miasta

Cierpię na chwilowy poświąteczny brak pomysłów, więc dzisiaj będzie 1 część opowiadania, które napisałem już dawno temu, a ponieważ jest dłuższe niż zwykle, to rozdzielę je na 2 odcinki, w środę będzie 2 część :). Miłego czytania. 

*****

Dawniej uważano, że północ jest godziną duchów. Kiedy ludzie śpią, wszystko się może zdarzyć, kiedy wkraczają w krainę snów, to ona właśnie staje się realna, a świat rzeczywisty traci znaczenie. Jednak tak było dawniej. Człowiek w swym rozumie wynalazł Wielkie Miasta. A one nigdy nie śpią, pozbawiają ludzi snów, północ nie jest już dawną północą, jest tylko godziną zero, pomiędzy pierwszą, a jedenastą. Wielkie Miasta chcąc być jeszcze większymi pożerają wszystko wokół, a najbardziej smakuje im wyobraźnia...

To właśnie czułem krocząc ulicami kolejnego z nich. Dzień mimo nocy, to właśnie stało się główną ich cechą. Pamiętając czasy, kiedy to księżyc oświetlał mnie w ciemności, szedłem w blasku reklamy, kolejnego absurdalnego wymysłu człowieka. To sztuczne, halogenowe światło sprawiło, że nawet cienie straciły swą dawną głębię, stały się tylko mniej oświetlonym fragmentem przestrzeni. Myślałem, że ta aglomeracja niczym mnie nie zadziwi, że mam przed sobą kolejne, bliźniaczo podobne do pozostałych miasto. Jakie było moje zdumienie, gdy idąc wciąż przed siebie, po lewej ręce mając miejską arterię, po prawej ujrzałem zwykły mur. Bez reklamy i bez rysunków podwórkowych artystów. Zwykły mur z czerwonej cegły, sczerniały od wieku i cienia. Mur ten dzieliła na dwie równe części zardzewiała brama, za którą rozciągał się mały, ciemny park. Pomiędzy drzewami prześwitywał dach domu, domu z niemymi oknami, z tajemniczą aurą. O, jakim ukojeniem dla duszy było dla mnie spojrzenie w twarz domu z tajemnicą!

Czułem jak światła miasta mnie osłabiają, więc podszedłem do bramy, aby szukać schronienia za murem. Dotknąłem prętów bramy mając nadzieję, że sama się otworzy. Nic takiego niestety się nie stało. Zamiast tego zobaczyłem, że drzwi domu się otwierają i wychodzi z niego przygarbiona postać. Gdy się zbliżyła, mogłem zobaczyć, że jest to starzec, ze starannie przystrzyżoną, siwą brodą, w bardzo starym fraku. Podszedł do bramy i bez słowa ją otworzył, gestem zapraszając do środka. Przekroczyłem granicę między Wielkim Miastem, a tym tajemniczym miejscem, czując na ciele ulgę oplatającego mnie cienia. Mur był dość wysoki, żeby skryć mnie przed światłami reklam, oparłem się o niego i w ciszy delektując ciemność, czułem jak powracają mi siły. Starzec skiną na mnie głową i poszedł w stronę drzwi domu. Ruszyłem za nim, między drzewami. Na niektórych gałęziach widziałem czarne sylwetki kruków i wron, które wbrew prawom natury stały nieruchomo, patrząc na mnie w ciszy. Zastanowiła mnie ta cisza, ogarniająca całą przestrzeń między murem a domem. Nie docierały tu charakterystyczne dla miasta hałasy samochodów i ludzi. Ale nie martwiło mnie to, kontent byłem tej kojącej zmysły pustki w uszach.

Zbliżając się do domu, ogarniając wzrokiem jego gmach, stopniowo zdawałem sobie sprawę ze zdumiewającej tęsknoty i smutku bijącego od zimnych, ceglanych ścian. W mieście, w którym nie wolno być smutnym, taki widok nie był naturalny. Gdy starzec dotarł do drzwi, zatrzymał się, żeby mnie przepuścić do środka, ale ja byłem coraz mniej pewny tego co robię. Odwróciłem się i spojrzałem w stronę miasta, w jasną przestrzeń wypełniającą otwór bramy. Wtedy usłyszałem pierwszy dźwięk, od kiedy przekroczyłem bramę. Przeciągłe, jakby ostrzegające krakanie. Nie dostrzegłem żadnego ruchu między gałęziami, jednak ten dźwięk był dość wymowny żebym odwrócił się twarzą do drzwi domu i przekroczył próg.

* * *

Znaczenie słowa sień straciło w Wielkich Miastach znaczenie. W nich nie ma miejsca na sień, są tylko przedpokoje. Ale ten tajemniczy Dom nie należał do Wielkich Miast. Mogłem to z całą pewnością stwierdzić po tym, że przekraczając próg znalazłem się w przestronnej sieni. Oddając płaszcz w ręce lokaja usłyszałem dźwięki muzyki. Była tak piękna, że od razu chwyciła mnie za serce. Jednak nie dane było mi słyszeć więcej z tej niebiańskiej melodii, gdyż starzec na widok mojego wzruszenia zakasłał i melodia ucichła. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, jakby dom posmutniał wraz ze mną, gdy dźwięki zamilkły. Tak jakby cienie się pogłębiły, a światło zbladło.

Szybko odrzuciłem te myśli, gdyż przejmowały mnie one niepokojem. Zamiast tego ruszyłem za starcem, który poprowadził mnie schodami do pokojów gościnnych. Wydało mi się dziwne, że lokaj o nic mnie nie pyta, ale wiedziałem, że tym bardziej nie odpowie na pytanie. Stary człowiek zatrzymał się w końcu przy podwójnych drzwiach na końcu korytarza na piętrze. Wielkim, mosiężnym kluczem otworzył jedno skrzydło i wszedł do środka, a ja zaraz za nim. Znalazłem się w dużym apartamencie. Pomieszczenie było gdzieś na trzy metry szerokie i cztery metry długie, po obu stronach pokoju znajdowały się jeszcze drzwi. Za jednymi z nich znalazłem staroświecką łazienkę, drugie jednak były zamknięte. Niezrażony tym, gdyż miejsca i tak miałem bardzo dużo, podszedłem do wielkiego okna, zajmującego prawie całą jedną ścianę, wysokiego po sufit. Widziałem przez nie ciemne sylwetki drzew, a za nimi zarys muru. Znużony skierowałem się w stronę łoża i niezwłocznie zasnąłem, nie mając żadnych snów.

* * *

Obudziłem się rankiem. Jednak w pokoju panował półmrok, jakby wciąż jeszcze nie skończyła się noc. Spojrzałem za okno i ujrzałem na niebie czarne, gęste chmury, zwiastujące burzę. Gęsta mgła ograniczała widnokrąg, ogród pławił się w niej i nie mogłem dojrzeć nawet muru. Po odświeżeniu się w łazience i ubraniu w czyste i świeżo wyprasowane ubranie leżące na krześle obok łóżka (pasujące na mnie idealnie), wyszedłem na korytarz, zostawiając niezaścielone łóżko. Był długi i wąski, a jedyne oświetlenie stanowiła lampa naftowa, wisząca obok drzwi mojego pokoju. Zdjąłem ją z haka i poszedłem przed siebie. Po obu stronach mijałem drzwi, ale instynktownie czułem, że są zamknięte. Po dziesięciu krokach światło lampy nie sięgało już początku korytarza, tak że za sobą i przed sobą widziałem, jak tonie on w mroku. W pewnym momencie po stronie mojej lewej ręki światło lampy nie natrafiło na ścianę i rozproszyło się, ukazując pierwsze stopnie schodów. Za chwilę zobaczyłem całą sień, przygnębiająco szarą i ciemną w nikłym świetle dobywającym się zza okien. Nie zobaczyłem nikogo, więc ruszyłem korytarzem dalej przed siebie.

Ta część korytarza była identyczna z pierwszą. Doszedłem do jej końca, gdzie natrafiłem na takie same dwuskrzydłowe drzwi, jak te do mojego pokoju. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Ujrzałem duży apartament, bardzo podobny do mojego. Zobaczyłem niepościelone łóżko. Wszedłem do łazienki, gdzie znalazłem wciąż wilgotny ręcznik, powieszony na brzegu wanny, tak jak od dawna zwykłem robić. Wyszedłem z łazienki do pokoju, najwidoczniej zamieszkanego przeze mnie. Wiedziony nagłym impulsem podszedłem do drzwi, które uprzednio zastałem zamknięte. Otworzyły się z cichym skrzypieniem, ukazując schody biegnące do dołu, ginące w półmroku. Dobiegał stamtąd cichy szmer, jakby brzęczenie, który odebrałem jako gwar ludzkich głosów. Poszedłem więc w dół, ponieważ powoli zaczynał mi doskwierać brak towarzystwa. Doliczyłem się dwudziestu trzech schodów, po których korytarz biegł dalej prosto. Brzęczenie nieco się nasiliło, ruszyłem więc dalej, unosząc lampę, żeby lepiej widzieć co znajduje się przede mną. W miarę jak szedłem gwar się nasilał. Korytarz kończył się na niedomkniętych drzwiach, zza których dobiegały przytłumione odgłosy ucztujących ludzi. Pociągnąłem klamkę i wszedłem do środka.

Znalazłem się w wielkim, podłużnym pomieszczeniu, którego środek wypełniał szeroki drewniany stół. Leżały na nim wielkie sterty rozkładającego się jedzenia wszelkiej maści, od którego smrodu zakręciło mi się w głowie. Krzesła dookoła stołu stały puste, jednak słyszany przeze mnie wcześniej gwar wcale nie ucichł, przeciwnie, przybrał nawet na sile. Uniosłem lampę i spojrzałem do góry. Pod sufitem kłębiły się wielkie chmary much. Gwar zamienił się w ich brzęczenie, a może zawsze nim był, wypełniając moją głowę nieznośnym hałasem. Odwróciłem się i chciałem wyjść, ale za mną nie było już drzwi, jedynie lita ściana. Pragnąc uciec muchom pobiegłem przed siebie, a dookoła mnie kłębiło się coraz więcej owadów, brzęcząc okropnie. Wpadały mi do oczu, do nosa, wciskały się do ust. Próbując je odpędzić przez przypadek wypuściłem lampę, która stłukła się i gasnąc, zostawiła mnie w ciemności, a chmara much wdarła się do mojego gardła, wypełniając moje wnętrze, tak, że nie było już mnie, tylko mrok wypełniony tym okropnym brzęczeniem.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

2 komentarze:

  1. Mam wrażenie, że z każdym zamieszczonym tutaj opowiadaniem przerastasz samego siebie. Genialnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki :). To opowiadanie zacząłem pisać ze 4 lata temu ;)

    OdpowiedzUsuń