niedziela, 16 stycznia 2011

Sen na jawie

Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię za bardzo śnić. Kiedy sen jest miły, to budzę się przygnębiony, kiedy śnię jakiś koszmar, to budzę się przestraszony i zlany potem. Zdecydowanie najbardziej cenię te noce, kiedy nie śni mi się nic. Moja żona zawsze się temu dziwi, ona uwielbia sny, te co barwniejsze nawet zapisuje sobie w notesiku.

Całkiem niedawno zdarzyła mi się dziwna przygoda, która to moje niecodzienne przekonanie tylko umocniła. Zaczęło się od snu, który już teraz jawi mi się mgliście, ale coś tam jeszcze pamiętam. Stałem na płaskiej równinie, gdziekolwiek nie spojrzałem widziałem tylko białą, migoczącą powierzchnię, aż po horyzont. Może gdzieniegdzie majaczyły jakieś niewyraźne kształty, ale nic takiego, co zapadłoby mi w pamięć. Kiedy tak stałem rozglądając się, usłyszałem za plecami cichy stukot. Był to pierwszy dźwięk, jaki do tej pory usłyszałem.

Odwróciłem się i zobaczyłem eleganckiego mężczyznę, który do mojego snu zawędrował chyba wehikułem czasu Wellsa. Ubrany był w czarny frak, na głowie miał wysoki cylinder, a w oko wetknięty monokl. W ręku trzymał laskę, którą postukiwał co krok, bardziej dla zabawy, niż z konieczności podpierania się. Oczywiście miał elegancko przystrzyżoną kozią bródkę i cienkie wąsy, zakręcone w górę.

Podszedł do mnie z uśmiechem i wtedy zobaczyłem, że laska jest tak naprawdę bardzo cienkim, długim sztyletem (co oczywiście mnie nie zdziwiło, to był w końcu sen). Elegant nie zmieniając wyrazu twarzy płynnym ruchem zatopił mi ostrze pod żebrami, a ja w tym momencie szarpnąłem się i otwierając oczy zobaczyłem, że leżę w swoim łóżku, zlany zimnym potem.

Długą chwilę leżałem patrząc w sufit i łapczywie łapiac powietrze. Nerwowo sięgnąłem ręką do serca, człowiek dobiegając sześćdziesiątki nabywa takich odruchów. Kiedy już się uspokoiłem i usiłowałem spowrotem zasnąć, usłyszałem ciche, choć stanowcze chrząknięcie. Chociaż dobiegało z głębi pomieszczenia, spojrzałem z nadzieją w stronę żony.

- Jestem tutaj – usłyszałem męski głos. Podniosłem się przestraszony (a ręka podniosła się szybko na pierś) i zobaczyłem na fotelu tego eleganckiego jegomościa z mojego snu.

- Widzę, że pan mnie już poznaje. Proszę mi wybaczyć moje nietaktowne zachowanie, ale musiałem pana rychło wybudzić, niestety sztych pod żebro jest w takich chwilach najefektywniejszy – słuchałem tego, nie wiedząc za bardzo co się dzieje. Pomyślałem, że dalej śnię, w końcu tak się zdarza czasem, że śnimy o tym, jak się obudziliśmy. Tymczasem Elegant kontynuował, tak spokojny i pewny siebie, że i mnie się to zaczęło udzielać.

- Nie, proszę pana, już pan nie śpi. Choć, czy można mieć kiedykolwiek pewność. Sen wszak gdy śnimy zdaje nam się tak samo realny, jak jawa po obudzeniu. Może tak zwana rzeczywistość jest jedynie kolejnym snem, z którego nas śmierć wybudzi?

Słuchałem tego wszystkiego, nie rozumiejąc za bardzo o co chodzi. W końcu zdołałem z siebie wydobyć – Kim ty w ogóle jesteś? - jak widać uprzejmość przybysza nie udzielała mi się tak szybko jak jego opanowanie.

- Doskonałe pytanie. Ale co pan przez to rozumie: "kim jestem?". Nazywam się Walerian Brzyski, czy z takiej odpowiedzi jest pan kontent? Domyślam się, że nie i świetnie pana rozumiem, każdy z nas w pańskiej sytuacji odczuwał pewien psychiczny dyskomfort. Wszystko panu wytłumaczę, ale teraz proszę już się ubrać, nie mamy wiele czasu.

Taka odpowiedź z pewnością mnie nie satysfakcjonowała, ale w jakiś sposób wiedziałem, że nie ma się co sprzeczać z nieznajomym... z panem Brzyskim. Zresztą chyba jednak myślałem, że dalej śnię, dlatego już o nic nie pytając wstałem i poszedłem do łazienki. Kiedy się ubierałem, zerkałem w lustro na swoją twarz, która wydała mi się strasznie stara, a przecież nie stuknął mi nawet szósty krzyżyk. Nagle moje wąsy wydały mi się strasznie idiotyczne, w porównaniu z cienkim, zakręconym wąsikiem Eleganta.

Gdy wyszedłem z łazienki, pan Brzyski już na mnie czekał z moim płaszczem, który mi podał, a ja nic nie mówiąc ubrałem się i wyszedłem za nim na klatkę schodową. Przynajmniej taki miałem zamiar, bo gdy przekroczyłem próg, znalazłem się na tej białej, bezkresnej równinie, znanej mi już ze snu. Walerian zamknął drzwi, które powoli się rozpłynęły w powietrzu. No, przynajmniej nie miałem już wątpliwości, że dalej śnię.

- Proszę za mną, za chwilę wszystko panu wyjaśnimy – rzucił Brzyski przez ramię, gdyż jakby nagle zapominając o savoir vivre, ruszył przed siebie, nawet na mnie nie patrząc. Nie widząc innego wyjścia potruchtałem za nim, z głową pełną pytań.

Kiedy tak szliśmy równina powoli przemieniała się w las, jak we śnie, po prostu nagle wszędzie wokół były drzewa. Wciągnąłem w piersi czyste leśne powietrze, gdzieś na gałęzi zaświergotał ptak.

W końcu Walerian się zatrzymał, a ja zobaczyłem polankę i na niej okrągłą altanę. W środku stały kręgiem krzesła, a na każdym siedział mężczyzna. Było to doprawdy kolorowe towarzystwo, niektórzy ubrani byli jak mój towarzysz, na dziewiętnasto-wieczną modłę, inni mieli szlacheckie kontusze z różnych okresów, kilku ubranych było we współczesne garnitury. Kiedy weszliśmy z Brzyskim na altankę, wszyscy wstali, przypatrując mi się w milczeniu. Sam nie wiem kiedy, znalazłem się po środku tego przedziwnego zgromadzenia. Elegant już usiadł na jednym z krzeseł. Czułem na sobie wzrok ich wszystkich, najwidoczniej zebrali się tutaj z mojego powodu. W końcu jeden z nich, w białej todze i z długą siwą brodą, wstał i głośno przemówił.

- Cieszymy się, panie Stanisławie, że w końcu pan do nas dołączył. Na pewno ma pan wiele pytań, teraz wszystko panu wyjaśnimy.

Zaczął opowiadać. Kazał do siebie mówić: "bracie Pitagorasie". Okazało się, że oni wszyscy są członkami zgromadzenia, które sami nazywają "Pasterzami Snów".

- Widzisz, bracie Stanisławie, sen jest czymś więcej, niż się zwykle ludziom wydaje. Na pewno zdarzyło ci się nie raz kiedy zasypiałeś, że wybadzało cię nagłe szarpnięcie nóg, czy rąk. Dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje sen, jako śmierć i tym szarpnięciem stara się obudzić ciało, aby nie umarło. Widzisz, nie myli się tak bardzo.

- Sen, to balansowanie na krawędzi życia i śmierci. Twój umysł wyrywa się z ciała, dusza dąży do swojego świata, gdyż ciąży jej już ciało.

Dowiedziałem się, że gdy duch wyrwie się z ciała zanim ono umrze, człowiek wpada w śpiączkę. Czasem udaje się znaleźć taką zagubioną duszę i zaprowadzić ją spowrotem, jednak lepiej zapobiegać niż potem interweniować.

- To jest właśnie nasza rola, pilnowanie, aby nikt nie wyrwał się za wcześnie. Zostałeś, bracie Stanisławie wybrany na jednego z nas.

- Ale dlaczego, przecież ja nawet nie lubię snów?

- Właśnie dlatego, dzięki temu zachowasz właściwy dystans.

Właśnie tak zostałem pasterzem snów. W sumie robota, jak każda inna. Trzeba trochę się nauczyć, potem można się też wykazać własną inwencją. Teraz jednak każdy sen jest dla mnie strasznie męczący, w końcu praca, to praca. Widzicie, nie mam powodu, żeby bardziej polubić sny

* * *

Kiedy nastał ranek, pani Danusia, żona pana Stanisława wstała i zaczęła poranne krzątanie. Po jakimś czasie zdziwiło ją, że mąż dalej leży w łózku, przecież zawsze lubił wcześnie zaczynać dzień. Kiedy nie mogła go dobudzić, przestraszyła się i zadzwoniła po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon, jednak nie potrafił podać przyczyny. Zastanowiła go tylko cieniutka blizna pod żebrami, wydawała się być jednocześnie bardzo stara i bardzo świeża.

KONIEC

Ta wizja świata w opowiadaniu tak mi się wydała pokrewna greckim dualistom, że aż tam Pitagorasa wrzuciłem. Podobało się? Nie wiem jeszcze na pewno, ale może będę kontynuował ten wątek, wszak mam duże pole do popisu. Tymczasem, na razie :)

1 komentarz: