Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj druga część opowiadania zamieszczonego w niedzielę :)
* * *
Otworzyłem oczy. Leżałem na swoim łóżku, w wysokim apartamencie. W mojej głowie pojawiła się myśl – „to był tylko koszmar” - jednak nie wierzyłem, że sen może być tak rzeczywisty. Sięgnąłem palcem do ust i wyjąłem z nich muchę. Stanowczo zbyt realistyczne. Z trudem podniosłem się z łóżka, w uszach mi szumiało, tak jak wtedy, gdy otaczający nas hałas nagle ucichnie. Na ścianie nie było żadnego śladu po tamtych drzwiach. Poszedłem do łazienki, gdzie na wieszaku wisiał suchy ręcznik. Wróciłem do pokoju, w którym było dość ciemno z powodu gęstych chmur widocznych za oknami. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się w stronę sieni. Zbiegłem po schodach i otworzyłem wielkie drzwi wejściowe. Na zewnątrz zobaczyłem sad, ginący w gęstej mgle, tak, że nie widziałem dalej niż na dziesięć metrów. Ruszyłem przed siebie, nie oglądając się, prawie biegnąc między drzewami, na których nie widziałem żadnych ptaków. Zatrzymałem się przed bramą. Była zamknięta, jednak ja nie zwróciłem na to uwagi, zajęty oglądaniem widoku rozpościerającego się za nią. Nie dostrzegłem ulicy, budynków po jej drugiej stronie, neonów. Od bramy biegła na wprost kamienista droga, ginąc we mgle. Nagły przebłysk słońca odsłonił przede mną rozległą, cichą dolinę. Odwróciłem się, patrząc na dom. Dalej sprawiał wrażenie przygnębionego. Zdawało mi się, że kątem oka ujrzałem w oknie ciemną sylwetkę człowieka, jednak kiedy skierowałem tam wzrok, nic nie ujrzałem. Zaczęło kropić, więc zrezygnowany skierowałem się z powrotem do środka.
* * *
W sieni przywitał mnie blask świec wielkich kandelabrów zawieszonych na suficie. Tym razem postanowiłem zobaczyć, co znajdę na parterze. Podszedłem do drzwi obok schodów i pociągnąłem za klamkę, jednak były zamknięte. Zwróciłem się do kolejnych i te ustąpiły. Zobaczyłem podłużne pomieszczenie, którego środek wypełniał stół. Przeszedł mnie skurcz, a zimny pot zlał mi plecy. Wbrew sobie postanowiłem jednak wejść do środka, ponieważ stół był pusty, a pokój cichy.
Poraziła mnie sucha biel ścian i stołu. Dookoła walały się połamane krzesła, również niezwykle białe. Zrobiłem krok na przód i sięgnąłem za siebie, nie oglądając się. Drzwi dalej tam były. Zrobiłem jeszcze kilka kroków przed siebie, zwróciłem uwagę na białe krokwie podtrzymujące sufit, których poprzednio nie zauważyłem. Nic się dalej nie zmieniało, wciąż ten sam stół, potrzaskane krzesła, białe ściany i sufit. Powoli się wycofałem i wyszedłem z pokoju.
Początkowo poraziło mnie światło, dopiero po chwili zobaczyłem, że nie trafiłem z powrotem do sieni. Pomieszczenie w którym się znalazłem miało białe, obłe ściany spotykające się nade mną w formie kopuły. Przez dwie okrągłe dziury wlewało się do wewnątrz światło. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie stoję w pomieszczeniu, że dwa otwory na sklepieniu są tak naprawdę oczodołami wielkiej, przerażającej czaszki, że stół za moimi plecami jest kręgosłupem, a krokwie są żebrami jakiegoś niepojętego, gigantycznego kościotrupa, w którego zmienił się Dom. To było za wiele dla mnie i straciłem przytomność.
* * *
Kiedy wróciły mi zmysły, leżałem na łóżku w swojej sypialni. Spodziewałem się tego więc wstałem bez zdziwienia, zastanawiając się czym jeszcze zaskoczy mnie Dom. Rozejrzałem się i wszelkie myśli uleciały mi z głowy, ustępując miejsca strachowi. Otaczała mnie pustynia szarego prochu, pojąłem nagle, że nie leżę na łóżku, lecz na wydmie. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem tylko szary, ponury pył. Kompletnie mnie to wybiło z równowagi, stałem tylko i bezmyślnie rozglądałem się wokół. Zamrugałem parę razy, ale wciąż widziałem tylko szarość i bezruch. Stałem tak i już nawet strach uleciał z mojej głowy, opanowała ją ta dusząca martwota.
I w jednej chwili wszystko wokół ogarnęła ciemność, a ja leżałem nieruchomo. Powoli zaczynałem rozumieć co się dzieje wokół mnie. „Kto się boi duchów, boi się samego siebie”. Skąd pojawiła się ta myśl? Chyba ktoś mi to kiedyś powiedział i teraz przypomniałem sobie te słowa. I zrozumiałem już wszystko. Martwe ciało trawi robactwo, i mięso odsłania kości, a i one rozsypują się w proch. Dom był martwy, od początku próbował mi to przekazać, jego epoka minęła. Moja epoka... Zamknąłem oczy, a może już miałem je zamknięte, nie sposób to było rozróżnić w tej ciemności.
Znów usłyszałem tę piękną muzykę, która rozległa się kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg Domu. Już nic jej nie zakłócało, ani nie przerywało. I razem z nią uniosłem się, zostawiając ciało za sobą, razem z nim zostawiając Wielkie Miasta z ich neonami, ruchliwymi ulicami, pijakami leżącymi w śmierdzących bramach, hałaśliwymi nocnymi klubami... Nareszcie odpocznę...
KONIEC
Zakończenie mnie zaskoczyło - szacun.
OdpowiedzUsuńO ile pamiętam, to mnie też, jak pisałem to opowiadanie ;)
OdpowiedzUsuń