niedziela, 9 stycznia 2011

Jak liść na wietrze.

Dzisiaj trochę o zimie, ale z przebijającą się tęsknotą za wiosną :). Życzę miłej lektury.

*****

Wyobraźmy sobie liść na wietrze. Targany raz w jedną, raz w drugą stronę zdaje się zmierzać bez określonego kierunku. Tak naprawdę zawsze ma jeden cel – spada w dół. Wydaje się, że nie ma nic zaskakującego w takim listku, potrafi on jednak człowieka wpędzić w niemałą konsternację. Tak właśnie było ze mną.

Szedłem razu pewnego chodnikiem, nie myśląć o niczym szczególnym. Może poza jednym – żeby było cieplej. Wszędzie gdzie padł mój wzrok, leżały wielkie zaspy śniegu. Mróz był tak przenikliwy, że idąc czułem, jak trzeszczą mi stawy. Nie chciałem się zatrzymywać, bojąc się, że nogi nie ruszął już drugi raz. Wzrok miałem wbity w ziemię, bo pod warstwą śniegu leżał lód i nie chciałem się przewrócić. Pewnie dlatego nie zobaczyłem jak mały, zielony listek porywany podmuchami wiatru pędził w powietrzu wte i we wte. Przypadek zarządził, ze jeden z podmuchów skierował go wprost we mnie. Zdumiony zatrzymałem się i spojrzałem na tą niepozorną plamkę zieleni, wyraźnie odcinającą się od białego śniegu. Trochę wbrew sobie sięgnąłem w dół i bojąc się, że go uszkodzę, zdjąłem rękawiczkę. Mróz bardzo szybko, wręcz łapczywie złapał mnie za odsłoniętą dłoń, jednak ja, lekceważąc to, podniosłem liść i zdumiony długą chwilę go oglądałem z każdej strony. Wyglądał tak, jakby jeszcze przed chwilą wyrastał z żywej roślinki. W tym mrozie?

Spojrzałem w górę. Nade mną rozciągały się konary starego drzewa, oczywiście szare i nagie. Skąd wziął się liść? Rozglądałem się wokół tak zdumiony, że przez chwilę w ogóle nie czułem zimna. Nagle zobaczyłem, że pośrodku pnia tego starego, suchego drzewa wyrasta mała gałązka, z kilkoma zielonymi listkami. Silny podmuch wiatru porwał kilka z nich, jednocześnie wyrywając mnie z zadumy. Niewiele myśląc podszedłem i oderwałem gałązkę, przekonany, że w domu zapewnię jej lepsze warunki, niż miała na mrozie. Potem ruszyłem do domu, myśląc już tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych czterech ścianach.

Minęło kilka dni, zapewniłem gałązce najlepsze warunki jakie potrafiłem, a ta wydawała się spokojnie rosnąć. Po jakimś czasie przestałem na nią zwracać uwagę, po prostu stała się ozdóbką w kącie pokoju. Mijał czas, a ja żyłem sobie własnym życiem. Z codziennej rutyny wyrwała mnie choroba, która zatrzymała mnie na dłużej w domu. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo gałązka się rozrosła. W zasadzie zasługiwała już na miano małego drzewka. Dodało mi to trochę otuchy.

Choroba, która mnie dopadła była bardzo dziwna. Nie objawiała się ani katarem, ani gorączką, było mi po prostu bardzo, bardzo słabo. I to dosłownie, tak jakbym codziennie tracił po trochu siłę do życia. Przedmioty wypadały mi z rąk, w nocy spałem coraz dłużej, coraz ciężej było mi się podnieść z łóżka. Nie miałem siły, żeby wybrać się do lekarza, więc starałem się wykurować domowymi metodami. Roślinka za to rozwijała się coraz bardziej. W zasadzie tak dobrze, że zacząłem się zastanawiać jak to możliwe.

Pewnego dnia z trudem zwlokłem się z łóżka i jakoś odruchowo skierowałem kroki w stronę drzewka, żeby je podlać, tak jak już miałem w zwyczaju robić to codziennie. Widok roślinki mnie zamurował. Na jednej z gałązek rozkwitał sobie pąk kwiata. Z niedowierzaniem spoglądałem raz za okno gdzie akurat padał śnieg, znowu na gałązkę, która wydawała się czuć w iście wiosennym nastroju.

Nagle pąk zaczął się rozwijać. A ja poczułem jak resztka sił, jakie mi zostały, ucieka. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, zrozumiałem nagle, skąd roślinka czerpie swoje soki. Przecież zachorowałem w czasie gdy wziąłem gałązkę do domu. I im bardziej ona rosła, tym ja robiłem się słabszy. Przypomniałem sobie, że gdy odrywałem ją od drzewa, kora wokół niej wydawała się być starsza i ciemniejsza, niż gdzie indziej.

Podjąłem decyzję. Chwyciłem drzewko i resztką sił zaniosłem do kominka, w którym zostało jeszcze trochę rozżażonych drew z poprzedniego wieczora. Rzuciłem je do środka i zacząłem rozdmuchiwać żar, tak długo, aż drzewko się zapaliło. Wycieńczony padłem na podłogę i straciłem przytomność.

Kiedy się ocknąłem, resztki drzewka właśnie dogorywały w kominku. Podniosłem się, czując jak odzyskuję siły. Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć. Przygarnąłem jakiegoś przedziwnego drzewnego wampira. No cóż, nie należy wyprzedzać świata. Trzeba się pogodzić z tym, że do wiosny zostało jeszcze kilka miesięcy. Spojrzałem za okno, gdzie wirowało tysiące płatków śniegu. Zarazem tak podobnych i niepodobnych do liści na wietrze.

"Też są piękne" – pomyślałem.

KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz