wtorek, 7 grudnia 2010

Środowy przegląd staroci.

Się trochę zdziwiłem. Mojego bloga obejrzał ktoś z USA i z Chorwacji. Pewnie przypadek, ale i tak cieszy. A w dzisiejszym odcinku z cyklu, co tam Głos Nic Nieznaczący pisał, prezentuję legendarny i nieśmiertelny "Kufer". Ktoś pamięta jeszcze? Przy okazji pozdrowienia dla Michała "Kropka", który z "Kufrem" jakieś sceniczne sukcesy odnosił. Ciekawe, czy tutaj też będzie zaglądał?

Kufer

Hej, ty! Tak, tak, ty. Na początek zagadka. Kim jestem? Podpowiadam. Jestem własnością maga, ale zarazem jego najlepszym przyjacielem. To mi powierza na przechowanie swoje najbardziej sekretne receptury. Ja opiekuję się jego złotem i kosztownymi przedmiotami. Pomagam mu utrzymać w okrągłym pomieszczeniu na szczycie wieży porządek. Zawsze jestem obecny, czy to w chwilach smutku, czy radości. A więc czym jestem? Tak, oczywiście, jestem Kufrem. Nie, nie tam jakimś zwyczajnym kufrem, z małej literki. Jestem Kufrem. Dlaczego jestem taki nadzwyczajny? Spróbuj przez dziesiątki lat przechowywać w swoim wnętrzu magiczne artefakty, zobaczymy czym ty się staniesz. A poza tym, czy zwyczajny kufer mówiłby do ciebie?

No dobrze, więc już się sobie przedstawiliśmy. Może teraz chciałbyś się dowiedzieć dlaczego w ogóle do ciebie mówię? No dobrze, ale to długa historia, a żebyś ją zrozumiał, musisz wysłuchać jej całej...

Ekhm... No więc, dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył sobie czarodziej, a z nim żyłem sobie i ja. Jak już powiedziałem, znałem każdy sekret maga, możnaby rzec, że byłem jego powiernikiem. Niestety w tych dawnych czasach potrafiłem wypowiedzieć jedynie słowa: podaj hasło. Może gdybym umiał się lepiej wysłowić, to zdołałbym memu Panu wybić ten głupi pomysł z glowy. Jak on mógł być taki głupi? Czy wyobrażasz sobie, że ten kretyn się zakochał?! Tak, oczywiście w pięknej złotowłosej, jasnookiej księżnicce, zaręczonej potężnemu księciu na rączym ogierze...

Ech, gdybym tylko mógł go zrugać, powiedzieć, że to się zawsze źle kończy... Ale niestety nie umiałem. No i pewnego razu Pan przyszedł do wieży i oznajmił: "Zdobyłem ją!". Niestety, masz rację. Magowie nie są zbyt romantyczni, oczywiście porwał ją i zamknął w najwyższej komnacie, w najwyższej wieży. A klucz do komnaty schował we mnie. Zwiedział się o tym książę, zjechał do zamku i zaczął walić w drzwi, krzyczeć i ogólnie robić zamieszanie. Słyszałem to wszysto ze swojego miejsca pod ścianą. Pan nie reagował na te hałasy, za bardzo zajęty był sporządzaniem eliksiru miłosnego. No wiesz, krew jednorożca wymieszać o wschodzie słońca z ropuszym skrzekiem, potem gotować 10 minut na wolnym ogniu, postawić na oknie aż wyrośnie i tak dalej. Swoją drogą kiedy skończył, szczerze współczułem biedaczce, że musi pić takie świństwa.

Książę w końcu się zmęczył i sobie poszedł, bo to były czasy kiedy o piękną złotowłosą księżniczkę nie było wcale trudno. A mój pan wyjął ze mnie klucz i poszedł do ksężniczki. Kiedy wrócił po jakimś czasie, a księżniczka uwieszona na jego ramieniu, spoglądała na niego z niemym zachwytem, błyskotliwie pojąłem, że napój spełnił swoje zadanie. I wiesz co się wtedy stało? Ten imbecyl odszedł z tą głupią blondynką w świat. Słyszałem potem, że został wędrownym trubadurem i śpiewał piosenki o miłości, a kiedy okazało się, że ma wśród płci przeciwnej branie, porzucił swoją pierwszą muzę.

Od kogo to słyszałem? Celne pytanie. Otóż, niewiedzieć czemu, opuszczone wieże magów wydają się wielu ludziom miejscami pełnymi skarbów. A są pełne jedynie masy notatek, których nikt nie rozumie i brudnej bielizny. No więc, kiedy poszukiwacze skarbów przybywali do wieży, prędzej czy później ich wzrok musiał spocząć na ciężkim, okutym żelazem kufrze. Tak, czyli na mnie. Jeden z nich, zdeterminowany żeby mnie otworzyć, myślał chyba, że jeśli mi opowie co się stało z moim Panem, to z wdzięczności się otworzę. A ja słysząc te nowiny, tylko bardziej się zamknąłem w sobie.

Lata mijały, poszukiwacze skarbów przybywali, próbowali mnie otworzyć, rezygnowali, przychodzili nowi itd. A ja z nudów nauczyłem się mówić. Pewnego dnia przybyłeś ty, ale zaraz wyszedłeś. Po chwili wróciłeś w towarzystwie dwóch rosłych mężczyzn, którzy wbrew moim protestom mnie podnieśli i zabrali z komnaty (swoją drogą, dziwne, że nikomu to wcześniej nie przyszło do głowy, chyba po prostu inni się mnie bali). Nieśli mnie przez chwilę i rzucili tutaj, na ten wóz.

A teraz zmierzam do merituum sprawy. Czy mógłbyś wyciągnąć spode mnie te belki? Strasznie mnie uwierają. O, o dobrze... O tak... Dzięki. Słucham? Oczekujesz czegoś w zamian? No dobrze. Hasło brzmi: "proszę cię uprzejmie, abyś się otworzył". Ciekawe, że nikt na to nie wpadł, przez te wszystkie lata. Ale nic ci z tego nie przyjdzie, jestem pusty. Pan przed wyjściem zabrał całe złoto, jakie mnie wypełniało. Nic nie szkodzi? Przydam się? Ach, na drwa... Na opał... Oj............

KONIEC

Nie wiem jak wy, ale ja się czytając to teraz nieźle bawiłem :). Miłej lektury i widzimy się w niedzielę, kiedy przygotuję coś całkiem świeżego, jeszcze pachnącego piekarnią mojej twórczej głowy ;).

1 komentarz: