Chciałem wam opowiedzieć o ludzkim okrucieństwie. I to tym, jak ci wredni ludzie zabrali mi przyjaciela.
Znałem Franka odkąd pamiętam. Jeszcze jak byłem mały bawiliśmy się razem w piaskownicy. Razem dorastaliśmy, znał wszystkie moje sekrety, wszystkie problemy. Kiedy pierwszy raz szedłem do szkoły, prowadził mnie za rękę. Pomagał mi się przywyczaić do nowego mieszkania, kiedy się przeprowadziliśmy z rodzicami.
Co mogę jeszcze dodać? Całe dzieciństwo spędziliśmy razem, ale specjalne chwile z dzieciństwa mają to do siebie, że kiedy się o nich opowiada, tracą swoją magię.
Problemy zaczęły się, kiedy poszedłem do szkoły średniej. Nie umiałem tego wytłumaczyć... Ludzie zaczęli nas dziwnie traktować. Te krzywe spojrzenia, ukradkowe szepty, tak jakby coś przed nami ukrywali. Pamiętam jak raz szliśmy sobie razem rozmawiając o niczym, a wszyscy patrzyli na nas, jakbyśmy byli nadzy, czy coś.
Dokładnie pamiętam dzień, w którym wszystko się wyjaśniło. Był ciepły czerwcowy ranek. Szliśmy sobie normalnie do szkoły, rozmawiając jak codzień. Już prawie nie widziałem tych wszystkich podejrzliwych spojrzeń. W pewnej chwili zwrócił moją uwagę refleks światła, jakiś facet wyjął telefon, a w nim odbiło się słońce. Kiedy zaczął przez niego rozmawiać, patrzył w moją stronę. Pomyślałem, że to dziwne, ale szliśmy dalej. Ulicą przejechała karetka i zatrzymała się obok nas. Wyskoczyło z niej dwóch napakowanych pielęgniarzy i ruszyli w naszą stronę.
Nagle wszystko stało się jasne. Te wszystkie ukradkowe śmiechy i szepty. Widzicie, pamiętam jak byłem mały, w telewizji leciał program o kosmitach. Pokazywali jakieś zdjęcia UFO itp. Kiedy moja matka zobaczyła, że to oglądam szybko wyłączyła odbiornik i powiedziała, żebym nie wierzył w te bzdury. Przypomniała mi się ta scena, kiedy ci pielęgniarze ruszyli w moją stronę. Spojrzałem na Franka i wtedy to zobaczyłem. Te nieco zbyt szpiczaste uszy, te odrobinę za duże oczy, ta troszkę zbyt pociągła twarz... On był przybyszem z kosmosu, a ci agenci w białych fartuchach chcieli mi go odebrać.
Na swoje nieszczęście nie wiedzieli, że jestem szkolnym rekordzistą w bieganiu. Chwyciłem przyjaciela za rękę i zaczęliśmy biec. Byliśmy jak wiatr, nieuchwytni. Te śmieszne małpoludy w kitlach nie miały szans, żeby nas dogonić. A poza tym byłem w swojej dzielnicy, znałem tu każdy zakamarek.
Zacząłem kluczyć między uliczkami i nie minęło wiele czasu jak ich zgubiliśmy. Rozejrzałem się i zrozumiałem, że to nie koniec kłopotów. Stałem z kosmitą w środku miasta, ścigany pewnie przez wszystkie agentury jakie mogłem sobie wyobrazić. Na szczęście wiedziałem gdzie się schować.
Kiedy byliśmy mali, zbudowaliśmy sobie bazę, tak jak mają w zwyczaju dzieci. Głównie ja budowałem z tatą, bo Franek zawsze był słaby i chorowity, więc nie chciałem, żeby się przeziębił. Teraz już wiedziałem, że to dlatego, że jego organizm nie przywykł do ziemskich warunków. W ogóle nagle zrozumiałem wiele rzeczy, które zawsze gdzieś podświadomie mnie gryzły, np. dlaczego on nie miał rodziców i takie tam sprawy.
Ale wracając do kryjówki. Niedaleko domu, w którym mieszkaliśmy z rodzicami jak byłem mały, rósł sobie nieduży lasek. Było w nim jeziorko, a nad nim rozła taka stara, pochyła wierzba, której gałęzie zasłaniały całkiem spory kawałek ziemi. Pod jej konarami zbudowaliśmy taką małą budkę z desek, nawet miała drzwi i okno. Była bardzo dobrze ukryta, dopiero z odległości kilku metrów można ją było dostrzec. To było świetne miejsce, tam nas nie powinni znaleźć.
Okazało się, że nie jest tam tak idealnie jak myślałem. Byliśmy w końcu trochę więksi, niż wtedy gdy mieliśmy po 10 lat, ale jakoś się w środku zmieściliśmy.
Mieszkaliśmy tam przez tydzień. Miałem trochę pieniędzy kiedy uciekliśmy, więc nie umarliśmy z głodu, a kiedy byliśmy już tak brudni, że nie mogliśmy sami ze sobą wytrzymać, wykąpaliśmy się w jeziorku. To był cudowny tydzień, nagle poczułem się znowu jak dziecko, całymi dniami siedzieliśmy z Frankiem rozmawiając. Opowiedział mi o tym jak znalazł się na ziemi, kiedy rozbił się jego statek, a cała rodzina została porwana przez agentów. Państwo zatuszowało ten wypadek, tak, że nikt się o tym nie dowiedział. Jemu tylko udało się uciec i wtedy zamieszkał ze mną. Powiedział mi jak naprawdę się nazywa, ale żaden człowiek nie umiałby tego powtórzyć.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Agenci w końcu nas znaleźli. Myślę, że wzięli mojego ojca na przesłuchanie, a on im powiedział o tej mojej kryjówce z dzieciństwa. Przyszli pewnej nocy i zawinęli mnie w biały kaftan. Pewnie po to, żeby nikt się o nic nie pytał, że złapali szaleńca.
Następne dni to koszmar, zastrzyki, przesłuchania (chociaż oni nazywali to terapią). Nie zobaczyłem już Franka, pewnie zabrali go do jakiejś podziemnej bazy i prowadzili na nim eksperymenty.
Mówili mi, że jestem chory, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca, że to wszystko tylko wytwór mojej wyobraźni. Kto wie, może jestem chory. Ale czy ta choroba ma polegać tylko na tym, że ja widzę więcej od nich? Może to oni są ograniczeni, nie ja.
Bo nawet jeżeli jestem chory, to wiem jedno – nie chcę żyć w tym ich "zdrowym" świecie. Wiecie dlaczego? Bo jest to świat uboższy o najważniejszą dla mnie osobę. A ciężko jest żyć bez przyjaciela...
KONIEC
Wyszło tak poważnie i z morałem, trochę nawet wzruszająco ;). Ale cóż, nie samym sarkazmem człowiek żyje.
Uprzedzając pytania - nie jestem schizofrenikiem i nie tłumaczę się z niczego :).
To tyle na dzisiaj. Zapraszam w środę :)
Moim zdaniem śmieszne
OdpowiedzUsuńNo wiesz, od pewnych konwencji nie ucieknę :)
OdpowiedzUsuń